Bieganie. Grzegorz Gronostaj: Maraton w Nowym Jorku to ogromne przeżycie, które zapamiętam na zawsze [WYWIAD]

Grzegorz Gronostaj – wrocławski biegacz, który zakochał się w bieganiu w 2010 roku. Od tej pory swój wynik na królewskim dystansie poprawił z czasu 3:45 na 2:28. Jest aktualnym brązowym medalistą Mistrzostw Europy Masters w Maratonie. W wywiadzie podsumował ostatni sukces oraz opowiedział swoją historię sportową.

Asia Adamska (Sportowy Wrocław): Zacznijmy od ostatniego sukcesu. 10 września w ramach Wrocławskiego Maratonu rozegrano Mistrzostwa Europy Masters. Tam zająłeś trzecie miejsce. Czy jesteś zadowolony?

Grzegorz Gronostaj (biegacz, 43 lata): Nie do końca widzę w tym starcie sukces. Prawda medal jest, ale ambicje były dużo większe. Na złoto nie liczyłem, bo biegł Adam Draczyński, ale chciałem przegonić zawodnika z Francji, który zajął drugie miejsce. Cały maraton biegł z tyłu i wyglądał na zmęczonego. Także czas mnie nie zadowala. Warunki tego dnia były prawie idealne. Ja miałem jednak problem mięśniowy – przeciążyłem ITBS, czyli pasmo biodrowo-piszczelowe. Fizjoterapeuta praktycznie wyciągnął mnie z tego. W niedzielę wystartowałem, biegło mi się wydolnościowo bardzo dobrze, ale na 30 kilometrze siadło mi drugie biodro. Prawdopodobnie odciążałem jedną stronę, a druga przyjmowała obciążenie. Przez to ostatnie 10 kilometrów biegłem z dużym bólem. Podsumowując z medalu jestem zadowolony, z wyniku nie. Zdecydowanie nie podobał mi się styl pokonania tych Mistrzostw. Dawno nie miałem takiego kryzysu i dramatu na maratonie. Teraz jadę do Poznania na maraton i jestem przygotowany na szybkie bieganie. Chcę wykorzystać to, co wypracowałem do Mistrzostw Europy Masters.

Jak wyglądały przygotowania do Mistrzostw Europy Masters? Czy to była impreza docelowa w tym sezonie?

Tak, dlatego ten niesmak i niedosyt pozostał. Mistrzostwa Europy Masters były zdecydowanie imprezą docelową, to właśnie pod nią trenowałem. Trochę eksperymentowałem, bo biegałem maratony zamiast trzydziestu kilometrów. Trzy razy przebiegłem dystans 42 kilometrów w ramach treningu. Wymagało to specjalnej organizacji dnia, czyli wyjście na trening przed czwartą rano (śmiech). Wydaje mi się, że przeciążenia ITBS nabawiłem się podczas zbiegu z Wielkiej Pętli Izerskiej (przyp. red. Bieg Wielka Pętla Izerska rozgrywany jest na dystansie 21,097 km ulicami Szklarskiej Poręby oraz szlakami Gór Izerskich).

Jak udaje Ci się połączyć życie rodzinne, zawodowe i sportowe? Jak wygląda Twój dzień?

Czy się udaje to nie wiem (śmiech), trudno ocenić. Na pewno wszystkie trzy elementy na tym tracą. Mój dzień zaczyna się o 4:30, jakoś godzinę później spotykamy się z chłopakami z naszej grupy biegowej „Wrocławskie Iten” i idziemy na trening. 7:00 jestem już w domu. Potem trzeba odwieźć dzieci do szkoły i pojechać do pracy. Po powrocie czas na odpoczynek, a już o 21:00 spanie. Na szczęście w weekendy odsypiam.

Co to za grupa biegowa „Wrocławskie Iten”?

Wrocławskie Iten” tworzy czwórka biegaczy: Adam Putyra, Andrzej Witek, Jacek Sobas i ja. Wszyscy razem niedaleko mieszkamy, co pozwala nam robić razem treningi. Nazwa nawiązuje do kenijskiego miasta Iten charakteryzującego się wysoką temperaturą, gdzie trzeba biegać rano lub wieczorem. My spotykamy się o wczesnych godzinach porannych, stąd pomysł na nazwę.

Czy bieganie w Twoim przypadku niesie ze sobą duże koszty?

Już nie tak bardzo. Wiadomo wyjazdy, transport i hotel kosztuje, ale czasami udaje się dostać zakwaterowanie lub zwolnienie z opłaty startowej. Poza tym wybieram raczej zawody niezbyt dalekie od Wrocławia. Nie jestem maniakiem sprzętowym, firmowy sprzęt co najwyżej na wyprzedaży kupuję. Inwestuję głównie w buty biegowe. Na codzienny trening używam koszulki z pakietów startowych. Mam ich jeszcze chyba z 300 nierozpakowanych. Dodatkowo na wielu biegach do wygrania są bony do sklepów sportowych. Staram się też celować w zawody gdzie można coś zarobić, chociażby po to, aby zwrócić koszty paliwa, noclegu. Mam wrażenie, że ten rok bilansuje się nawet na plus. Poprzednie lata były na dużych minusach, bo byłem na dwóch dużych, zagranicznych maratonach (w Nowym Jorku i Australii).

Wróćmy do początków Twojej przygody biegowej. Kiedy i jak to się zaczęło?

Kiedyś biegałem w szkole średniej na orientację, co prawda za wiele wtedy nie zdziałałem. Uważam jednak, że jest to idealny sport na początek przygody z bieganiem. Potem miałem bardzo długą przerwę, zarówno biegową, czasową i wagową. Dużo w tym czasie przytyłem. W 2010 roku zacząłem na poważnie biegać i trenować.

Zrobiłeś wielki postęp w maratonie. Z wyniku 3:45 zszedłeś na 2:28. Z roku na rok w treningach jest łatwiej czy wręcz przeciwnie?

Przeciwnie. Wiadomo najłatwiej było zejść z czasu 3:45 i złamać trzy godziny. Wystarczyło schudnąć oraz zainteresować się treningami. Najtrudniej było pokonać granicę 2:40, męczyłem się chyba 2-3 lata, a potem jakoś poszło. Teraz zakotwiczyłem na wyniku dwie godziny trzydzieści minut. Przynajmniej raz w roku udaje mi się złamać tę granicę. Z tego poziomu przy moim wieku i pracy jest bardzo trudno cokolwiek „urwać”.

Czy jest element biegowy, w którym widzisz możliwość poprawy?

Cały czas walczę ze sobą w sprawie diety, Jest to element, którego mi brakuje. Moje samodzielne próby diety, kończą się najczęściej spadkiem wydajności w pracy i na treningu. Musiałbym chyba nawiązać współpracę z jakimś profesjonalnym dietetykiem. Teraz dochodzi kwestia rachunku zysku i strat. Jeżeli mam się męczyć, wydać pieniądze, a czas poprawi się tylko o kilka sekund to raczej nie warto. Chodź z drugiej strony może warto „katować” się na treningu i na talerzu oraz wejść na wyższy poziom biegania.

Czy masz „magiczną” granicę w maratonie, którą chciałbyś złamać?

Dwie godziny (śmiech)! Poważnie mówiąc, chciałbym cały czas się poprawiać. W tym roku mam 43 lata, więc będzie coraz trudniej utrzymać ten wynik, a co dopiero poprawiać. Bardzo chciałbym złamać 2:27, myślę, że jest to realna granica.

Który maraton najbardziej zapadł Tobie w pamięć?

Zdecydowanie Nowy Jork z 2015r., gdzie zostałem wzięty do elity. To było dla mnie dużym zaskoczeniem i wyróżnieniem. Jechałem w autobusie z najlepszymi maratończykami świata, między innymi nie musiałem martwić się o transport. Pojechaliśmy do dużego środka przygotowań olimpijskich, gdzie była bieżnia, bufet, masażyści, gdzie mogłem się porządnie rozgrzać. Na wielkim telebimie ukazywał się cały czas harmonogram. Miałem okazję potruchtać i porozmawiać z czołowymi zawodnikami. Potem podjechaliśmy autokarem rozgrzani na sam start jakoś pięć minut przed strzałem startera, gdzie inni w strefach stali po 2-3 godziny. Cała atmosfera była niesamowita – śpiewaczka operowa, strzały z armat i tłumy ludzi na trasie. Wszyscy zagrzewali do walki, mieli ze sobą trąbki i bębny. Biegło mi się bardzo fajnie i wstrzeliłem się z formą. Byłem 25, a drugi w kategorii. Zrobiłem wtedy życiówkę – 2:29:09. Maraton w Nowym Jorku to ogromne przeżycie, które zapamiętam na zawsze.

Czy masz jakiś wymarzony maraton, który chciałbyś przebiec?

Tokio. Mam w planie podjąć się tego wyzwania w 2019 roku. Co prawda najpierw trzeba się dostać, bo słyszałem, że nie jest łatwo. Mój wybór na stolicę Japonii wynika z faktu, że zanim zacząłem biegać mieszkałem pół roku w Tokio. Tam razem z żoną byliśmy na delegacji. Zawsze chcieliśmy odwiedzić to miejsce rodzinnie.

Czy propagujesz sport wśród swojej rodziny lub znajomych?

Mój syn bardzo lubi biegać. Jednak moim dzieciom moje bieganie kojarzy się raczej z nieobecnością taty. Jeśli chodzi o znajomych to może zaskoczę, bo propaguję wśród nich rower. Są to osoby głównie pracujące przy biurku, stawiające dopiero pierwsze kroki w sporcie i myślące o schudnięciu. Rower jest właśnie rewelacyjnym narzędziem aby zacząć, dopiero potem warto włączyć w to bieganie.

W tym roku byłeś jednym z organizatorów, a zarazem ambasadorów Biegu dla Poli – Kilometry Pomocy. Czy chciałbyś jeszcze raz podjąć się tej roli?

Ja byłem trochę ograniczony czasowo, ale moja żona była bardzo zaangażowana w komitecie organizacyjnym biegu. Nasza grupa „Wrocławskie Iten” zajęła się bardziej promocją w środowisku biegowym oraz na portalach społecznościowych. Mam nadzieję, że to będzie cykliczna impreza, która pomoże wielu potrzebującym. Tegoroczne wydarzenie było sporym zaskoczeniem, w którym wzięło udział wielu biegaczy. Udało nam się także zebrać duże środki.

Muszę na końcu zadać Ci to pytanie: Czego możemy Ci życzyć?

Chyba jak wszystkim zdrowia oraz wytrwałości w bieganiu. Także abym wytrzymał te mądrzejsze i trochę mniej mądrzejsze treningi (śmiech)! Chciałbym także utrzymać jak najlepszą formę.

Dziękuję za rozmowę. Trzymamy kciuki za kolejne starty oraz życzymy powodzenia.

Dziękuję.

 

Rozmawiała Joanna Adamska – Sportowy Wrocław

Zdjęcia: Bieg Firmowy, archiwum prywatne Grzegorza Gronostaja, Joanna Antoniak oraz Joanna Adamska (Sportowy Wrocław)

KOMENTARZE



Wyłącz AdBlock