Bieganie. Tomasz Sobczyk: Jak moi zawodnicy startują, ja denerwuję się trzy razy więcej [WYWIAD]

Tomasz Sobczyk – łączy rolę trenera i zawodnika. Jest wielokrotnym medalistą Mistrzostw Polski Weteranów. Podczas 35. PKO Wrocław Maratonu wywalczył 6 miejsce w Mistrzostwach Europy Masters. Można go spotkać na zawodach biegowych i lekkoatletycznych jako zawodnika, trenera lub kibica. Opowiedział nam o swojej biegowej przygodzie i pracy, a także podsumował tegoroczne starty.

Joanna Adamska (Sportowy Wrocław): Zacznijmy od ostatniego startu, czyli Mistrzostw Europy Masters. Czy to był najważniejszy bieg w tym sezonie?

Tomasz Sobczyk: Tak, w tym roku to był najważniejszy start. Udało mi się zająć 6 miejsce w Europie. Czas osiągnięty na mecie 2:39:55. Po krótkiej analizie biegu stwierdzam, że pierwsze dziesięć kilometrów zacząłem za szybko. Zabrałem się z zawodnikiem z Francji, Grześkiem Gronostajem i Szymonem Knoblochem. Potem między tymi maratończykami rozegrała się walka o srebro i brąz. Może gdybym zaczął trochę wolniej, to byłaby szansa na trzecie miejsce.

Czy ten wynik i start jest zadowalający?

Jest zadowalający, bo w tym roku na wiosnę nie biegałem maratonu. Już rok wcześniej wiedziałem o tych Mistrzostwach i cel był jeden: dobrze się przygotować i dobrze wypaść u siebie.

Jak się biegło przed wrocławską publicznością?

Bardzo dobrze. Na całej trasie wiele osób dopingowało. Chwała za to ludziom.

Jak wyglądały przygotowania do Mistrzostw Europy Masters w Maratonie?

Przygotowania do maratonu zaczęły się już w maju i były one dość złożone. Na początku czerwca były imprezy mistrzowskie weteranów w półmaratonie w Murowanej Goślinie, a na początku lipca na bieżni Mistrzostwa Polski Weteranów na 5 i 10 kilometrów. Wszystkie te starty były zaplanowane. Pomiędzy doszedł jeszcze Półmaraton Wrocławski. Można powiedzieć, że trochę te starty ze sobą kolidowały, ale udało się wyjść z twarzą. W półmaratonie weteranów zdobyłem srebrny medal mistrzostw polski, a na bieżni kolejne dwa medale: 5 km – brązowy, 10 km – srebrny. Potem już były dwa miesiące pracy i treningów maratońskich. W drugiej połowie sierpnia spędziłem 10 dni w Szklarskiej Porębie. Ten wyjazd bardzo dużo dał, bo po powrocie z obozu forma zaczęła iść w górę.

Biega Pan różne dystanse: od 5 km do maratonu. Który z nich jest ulubiony?

Myślę, że wolę jednak startować na krótszych dystansach, czyli pięć i dziesięć kilometrów. Wtedy biega się na większych prędkościach.

Pełni Pan funkcję trenera i zawodnika. Jak udaje się połączyć obie role?

Nie ukrywam jest bardzo ciężko, ale da się. Od jakiegoś czasu chyba więcej serca wkładam w funkcję trenera, bo mam pod swoją opieką wielu utalentowanych zawodników. Trzeba im poświęcić trochę czasu na treningu, a nawet z nimi pobiegać. Jako zawodnik pomagam im, czyli razem biegamy. Dzięki temu moi podopieczni nie muszą martwić się o utrzymanie dobrego tempa, bo biegnę z przodu i nie zwalniam.

Kogo Pan trenuje? Jacy zawodnicy są pod Pana skrzydłami?

Młodzi i starsi. Najbardziej znaną postacią jest Ania Ficner, która w tym roku w San Francisco na Igrzyskach Policyjnych zdobyła dwa medale w biegu na 5 kilometrów cross i w biegu po schodach na 62 piętro. Dziewczyna wygrała w tym roku Mistrzostwa Polski w biegu po schodach, które odbyły się we Wrocławiu w Sky Tower. Wygrała Mistrzostwa Europy Policji w Półmaratonie. Miała osobistego pacemakera, czyli mnie (śmiech). Ale jest też kilka młodych i utalentowanych osób, z którymi wiążę duże nadzieje.

Jak wygląda Pana dzień?

Najpierw staram się zrobić swój trening. Później umawiam się z zawodnikami, często osobno lub w mniejszych grupach, bo mają różne akcenty biegowe do wykonania. Dla przykładu moje dwie zawodniczki pracują w ciągu dnia i umawiam się z nimi na godzinę 7:30 na Stadionie Olimpijskim. Wtedy nie pozostaje mi nic innego jak wstać z łóżka i pójść na trening. Jako trener muszę być po prostu elastyczny.

Gdzie pełni Pan funkcję trenera? Czy brał Pan udział też w innych projektach biegowych?

W Team Luks Żórawina-Wrocław oraz MKS MOS Wrocław, gdzie skłaniam się do prowadzenia młodych adeptów lekkiej atletyki. Wcześniej, a dokładnie w 2009 roku przygotowywałem uczestników programu „I Ty możesz zostać maratończykiem”. Wtedy, podczas pierwszej edycji 72 osoby, które przystąpiły do programu, wszystkie przebiegły ten maraton. Dzisiaj część z nich biega królewski dystans poniżej 3 godzin. Podam kilka prostych przykładów: Danuta Piskorowska, Arkadiusz Opaliński, Arkadiusz Rymarski.

Jakie daje Pan rady zawodnikom? Czyimi startami się Pan bardziej stresuje?

Jak moi zawodnicy startują, ja denerwuję się trzy razy więcej. Włożyłem w to trochę pracy. Dopinguję nie tylko swoich podopiecznych, ale innych biegaczy których znam. To jest po prostu miłe i pomagamy sobie.

Wróćmy do początków. Skąd pasja do biegania? Jak to się zaczęło?

Wszystko zaczęło się w Techniku Kolejowym, gdzie spotkałem Pana Zbigniewa Dziubińskiego. On mnie zabrał na pierwsze zawody, ale wcześniej zacząłem od biegów na orientację z mapą.

Kiedy przyszły pierwsze sukcesy?

Myślę, że to się rozwijało z czasem. Najpierw były biegi średnie na bieżni, czyli 800 metrów, 1500 metrów i 3000 metrów. Potem trenowanie w Śląsku Wrocław pod okiem Bogdana Jarosza, a następnie przez pierwsze dwa lata studiów zajmował się mną świętej pamięci Edward Listos. Później było bardziej ukierunkowanie w biegi długie. W 2007/ 2008 roku zacząłem już pracę trenerską.

Jak duży jest dorobek medali i pucharów u Pana w domu?

Oj bardzo dużo. Pucharów będzie ponad 300, a medali chyba podobnie.

Jakie są Pana rekordy życiowe? Które są najbardziej wartościowe?

Najbardziej wartościowy to chyba wynik z półmaratonu w Kościanie 1:08:25. To już jest naprawdę szybkie bieganie. Moje inne rekordy: 10 kilometrów – 31:01, maraton w 2012 roku z Wrocławia – 2:27:50. Jeśli chodzi o sukcesy to głównie medale Mistrzostw Polski w kategorii Masters.

Któryś biegł zapadł Panu najbardziej w pamięci?

Chyba ten Maraton z 2012 roku, gdzie udało się nabiegać życiówkę. Praktycznie do 40 kilometra nie zapowiadał się żaden dobry wynik. Dopiero na czterdziestym kilometrze spojrzałem na zegarek i zobaczyłem czas 2:20. Nie pozostało nic innego jak zaryzykować i się udało! Sprinterski finisz pomógł uzyskać życiówkę 2:27:50. Co prawda potem do siebie długo dochodziłem.

Jakie są plany i marzenia na najbliższe starty?

Rywalizacja w City Trail. Ten cykl zawodów jest dobrą formą przygotowania do sezonu.

Ma Pan jakieś długofalowe marzenie?

Chciałbym, aby któraś z moich zawodniczek lub zawodników zdobyła medal Mistrzostw Polski.

Czyli bardziej marzenie trenerskie? A jest jakieś związane z rolą zawodnika?

Tak, trzeba już tymi kategoriami myśleć. Jeśli chodzi o moją rolę zawodnika to chciałbym utrzymać jeszcze tą formę, a nawet poprawić. Myślę, że jeszcze stać mnie na to. Moje zawodniczki za rok lub dwa pewnie będą chciały pobiec w maratonie. One same nie polecą, padnie na mnie i pomogę im na trasie królewskiego dystansu. Tak się składa, że jako pacemaker chyba się sprawdzam (śmiech)! Każda z dziewczyn już wcześniej mnie się pytała, czy mogę zarezerwować dla nich termin i poprowadzić jakiś bieg.

Taka rola pacemakera jest bardzo odpowiedzialna. Mam rację?

Tak, trzeba trzymać odpowiednie tempo i być odpowiednio fizycznie przygotowanym. Zawsze jak jestem pacemakerem to prowadzę do zawodników monolog, a oni muszą mnie słuchać i lecieć swoje (śmiech). Staram się ich mobilizować. Wiadomo przychodzą jakieś kryzysy, ale po biegu zawsze dziękują.

Czego możemy Panu życzyć?

Zdrowia i mniej nerwów, bo praca trenera jest stresująca, ale też bardzo przyjemna.

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała Joanna Adamska – Sportowy Wrocław

autor zdjęcia: Piotr Jakóbczyk

KOMENTARZE



Wyłącz AdBlock