Sportowy Wrocław, Runmageddon

Okiem zawodnika: Runmageddon 2018

To zabawne, że w czerwcowych upałach zastanawiamy się, czy temperatura jest odpowiednia na krótką kąpiel w stawie, a gdy stajemy na trasie Runmageddonu (o dowolnej porze roku) nie wahamy się ani przez sekundę przed wskoczeniem do wody. I to na kilka sposobów.

Tegoroczna edycja wrocławskiego Runmageddonu była moim debiutem w biegach z przeszkodami. Po zaledwie kilku treningach w OCRGym, za to długich godzinach spędzonych na bieganiu, postanowiłam zmierzyć się z Rekrutem, czyli sześciokilometrowym odcinkiem z ponad trzydziestoma przeszkodami.

W skrócie o imprezie można powiedzieć tak: nie rozumie się tego, dopóki nie weźmie się w tym udziału. A kiedy już się to zrobi, to nie ma odwrotu – to uzależnia.

Sportowy Wrocław

Źródło: archiwum autorki

Dopóki obserwowałam Runmageddon z boku, widziałam przede wszystkim trochę biegania, mnóstwo błota, zgrane ekipy pomagające sobie na każdym kroku i dużo dobrej zabawy. Pierwsze wrażenie – choć jak najbardziej trafne – nie oddaje jednak wszystkiego.

Wszyscy wiemy, że są zawodnicy, którzy pokonują trasę z dużą łatwością, ale trzeba postawić sobie sprawę jasno: jeśli chodzi o biegi z przeszkodami, to nie ma ludzi nieustraszonych. Jest tak głównie dlatego, że na trasie znajdują się przeszkody godzące we wszystkie czułe punkty. Na słynnej Porodówce i w ciemnych rurach można zrozumieć klaustrofobię. Niektóre przeszkody wodne były dość głębokie – tu z pewnością niejeden zawodnik mający problem z pływaniem odczuwał niepokój. Wiele przeszkód wymagało wspięcia się na niemałą wysokość – kilkumetrowa ściana Komandosa we mnie osobiście wzbudziła największy respekt. W innej sytuacji na pewno nie chciałabym się z nią mierzyć.

Jednak kiedy ma się na twarzy wymalowany numer startowy, błoto w absolutnie każdym miejscu na ciele, ale też – i to chyba najważniejsze – dopingującą i skłonną do pomocy grupę ludzi przed sobą i za sobą, pewne ograniczenia przestają istnieć. To nie tak, że lęk wysokości nagle znika, a woda przestaje być zimna, ale z odpowiednim nastawieniem (i dużą dawką adrenaliny we krwi) można stawić czoła zdecydowanej większości przeszkód – w reszcie ograniczają nas tylko możliwości fizyczne.

Zresztą, jak pokazała rekordowa frekwencja tej imprezy (ponad 8300 zawodników na trasie, w sumie 23000 osób na miejscu zawodów), popularność biegów z przeszkodami stale rośnie. Na własnej skórze doświadczyłam, że nie bez powodu.

Na trasie nie zabrakło runmageddonowskich klasyków, takich jak wspomniana już Porodówka, Lodowa (która jest dokładnie tak zimna, jak na to wskazuje nazwa), Skośna (czyli rodzaj przechylonej ściany – tutaj nie ma miejsca na wahanie) czy słynne Zasieki (niejeden zawodnik czołgając się pod drutem kolczastym zostawił na nim kawałek spodni). Jednak to, co sprawiło, że impreza ta była naprawdę wyjątkowa, to nawiązania do jeździectwa, na które nie można było znaleźć lepszego miejsca, niż Wrocławski Tor Wyścigów Konnych. O ile skok przez słomę nie sprawił nikomu problemu, to chyba wszyscy złapali zadyszkę na torze, na którym gdzieniegdzie było jeszcze widać odbite w piasku kopyta. Wyjątkowo podkowy nie przyniosły nam szczęścia – rzuty nimi okazywały się w większości przypadków tak beznadziejne, że koń by się uśmiał.

Sportowy Wrocław, Runmageddon

Źródło: Runmageddon

Partynice już opustoszały, błoto zaschło, przeszkody zniknęły. Nas zawodników jednak wciąż trzymają emocje (i zakwasy). Oprócz tego pojawia się już zniecierpliwienie – bo przecież do kolejnej dolnośląskiej edycji Runmageddonu musimy czekać cały rok.

Sportowy Wrocław, Runmageddon

Źródło: Runmageddon

KOMENTARZE



Wyłącz AdBlock