Portret Kibica. Rafał Wysiński: Futbol amerykański to jest coś niesamowitego i niepowtarzalnego [WYWIAD]

W trakcie sezonu można go spotkać na wrocławskim Stadionie Olimpijskim podczas każdego meczu z udziałem drużyny Panthers Wrocław. Pojawia się tam w niebieskiej koszulce, czasem z bębnem i maską na twarzy, ale bez megafonu, bo bez niego potrafi zrobić więcej hałasu na trybunach. W trzeciej odsłonie cyklu Portret kibica, zapraszamy na rozmowę z Rafałem Wysińskim, który nie wyobraża sobie życia bez futbolu amerykańskiego.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z futbolem amerykańskim?

Znajomy, który został sędzią futbolowym, pewnego razu mówi do mnie: “Słuchaj, gramy mecz we Wrocławiu, ja będę sędziował. Przyjdź, może Ci się spodoba.” I poszedłem. Wtedy Devils Wrocław grało przeciwko Tiger Kings i to był mój pierwszy mecz na Stadionie Olimpijskim. Zacząłem oglądać i stwierdziłem, że to niczym się nie różni od gry na automatach, w którą grałem jako dzieciak w Gdańsku! Urywaliśmy się z technikum, żeby sobie pograć na tych automatach, a że nie byłem jakichś wielkich rozmiarów, to zawsze zajmowałem jeden, który był zawsze wolny, bo nikt nie ogarniał zasad gry, i który przypominał rozgrywki futbolu amerykańskiego. Po kilku razach zrozumiałem, że to wcale nie jest trudne. Skoro już znałem podstawy zasad od dzieciaka w tym “dziwnym sporcie z jajowatą piłką,” to zacząłem chodzić regularnie na mecze i powoli zaczęło się to przeradzać w coś większego. W końcu samo chodzenie i oglądanie przestało mi wystarczać i chciałem dać też coś od siebie. To był 2011 rok i od tamtej pory jestem na każdym meczu we Wrocławiu, na prawie każdym wyjazdowym i na każdym finale, nawet jeżeli wrocławska drużyna w nim nie gra. Najdłuższy mecz w życiu, na którym byłem trwał 5 godzin, a najkrótszy skończył się chyba w 1 godzinę 45 minut i to był naprawdę szybciutki mecz.

Który mecz szczególnie zapadł Ci w pamięć?

Pierwszy finał od powstania Panter, gdy pojechaliśmy do Gdyni. Pierwszy finał, który Pantery przegrały. Po czym ja po finale, zdruzgotany, bo cały sezon był wygrany do zera i Pantery pokazywały dominację na boisku, po tym finale zostałem wsadzony w samochód i zawieziony na wieczór kawalerski mojego brata, który odbywał się w Gdańsku (śmiech). Ten dzień na pewno mocno przeżyłem. Natomiast tak naprawdę każdy finał, każdy większy mecz to są emocje. Każdy ma w sobie coś i nie żałuję żadnego meczu, na którym byłem, bo każdy zostawia po sobie cząstkę.

Który tytuł mistrza ma dla Ciebie największe znaczenie?

Tytuł mistrza Polski na pewno robi duże wrażenie, natomiast wydaje mi się, że zdobycie tytułu mistrza Europy to było coś, czego nikt się nie spodziewał. Pantery były tam takim czarnym koniem. Po prostu przyszły i zaskoczyły wszystkich, nawet samych siebie. Co ciekawe, to było dość wymagające zadanie, bo tydzień wcześniej wygraliśmy finał z Seahawks Gdynia w Białymstoku, a po tak wyczerpujących meczach zawodnicy mają bardzo mało czasu na przygotowanie organizmu do ponownego wysiłku. Wiem, że nie mieli czasu na świętowanie i już w drodze z Białegostoku byli w autokarach masowani przez fizjoterapeutów i zaczęli odnowę biologiczną, żeby przygotować się do tych ciężkich meczów finału Europy. Jeżeli musiałbym wybrać, to chyba to byłoby największe trofeum.

W ostatnim sezonie wszystkie mecze w wykonaniu Panter kończyły się zwycięstwem. Czy to was już troszkę nie nudzi?

Z jednej strony fajnie jest kibicować drużynie, która zawsze wygrywa, natomiast nie da się ukryć, że widać ogromną różnicę między niektórymi drużynami. Jeśli goście przyjeżdżają i jest ich 30, 25 żeby zagrać mecz, a nas 45 i wiemy, że jeszcze 50 może wyjść na boisko bez problemu, to i szanse nie są wtedy wyrównane. Widać te dysproporcje i mimo że na trybunach chcemy, żeby Pantery wygrywały, to fajnie jest też mieć pasjonujące widowisko, a mecze 40:0 już takie nie są.

Macie swój Klub Kibica?

Mamy dość prężnie działający Klub Kibica z ogromną rzeszą fanów. Na początku, jako że futbol jest mało popularny w Polsce, to bardzo mało osób docierało na niektóre mecze. Obecnie doszliśmy do etapu, gdzie na każdym meczu jest głośno. Jesteśmy chyba najgłośniejszą ekipą w kraju, jeżeli chodzi o futbolowe rozgrywki! Pamiętam mecz, w którym przywitaliśmy Białystok, gdy wchodził do TopLigi, czyli tej najwyższej ligi rozgrywkowej. Pojechaliśmy w 16 osób do Białegostoku i przekrzyczeliśmy tysięczny tłum! Z tego jesteśmy znani. Działamy prężnie, widać nas, słychać i staramy się by to wszystko miało pozytywny wydźwięk. Chcemy pokazać, że futbol amerykański to sport dla rodzin z dziećmi. Uprzedzamy, że jest głośno, ale wszystko przebiega w przyjaznej atmosferze. Mamy też profil na Facebooku “Panthers Nation Kibice Panthers Wrocław,” na który serdecznie zapraszam. Organizujemy wyjazdy na mecze i staramy się informować o tym, co jako kibice robimy, gdzie można nas spotkać i jakie są akcje organizowane dla kibiców, bo sporo firm widząc nasze zaangażowanie, chce nam pomagać, więc szerzymy nasz działania dalej.

W jaki sposób działacie jako Klub Kibica?

Służymy radą i pomocą na trybunach jeżeli chodzi o zasady. Zdajemy sobie sprawę, że futbol amerykański jest dość dużą egzotyką dla widzów. Gdy są na meczu pierwszy raz, to widzą po prostu bombę zderzających się ludzi i nie wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi. Wtedy nie ma problemu z wytłumaczeniem tego, co dzieje się na boisku i zaangażowaniem wszystkich we wspólne kibicowanie. Chcemy, żeby wszyscy dołączyli do nas, kiedy kibicujemy i co ważne, kiedy nie kibicujemy, bo są takie momenty, kiedy nie powinniśmy przeszkadzać naszej drużynie i o tym też trzeba wiedzieć.

Macie swoje stałe hasła bądź przyśpiewki?

Tak, mamy kilka. Kibiców drużyn przeciwnych drażni zwłaszcza jedna. Kiedyś wpadliśmy na to, żeby po zdobytych punktach, Pantery jako drużyna zawsze czuła się jakby grała u siebie we Wrocławiu. Ma być głośno, dobrze i tak jak we Wrocławiu. Dlatego nasz bębniarz Jacek zawsze wtedy wstaje i rzuca pytanie do trybuny: „jakie to miasto?” Nieważne gdzie jesteśmy, zawsze pada odpowiedź “Wrocław!” Potem pyta: „jaka drużyna?” Na co my odpowiadamy: „Panthers!” To się powtarza i potem jest bębnowy rytm, któremu towarzyszy jeszcze inny okrzyk. Widziałem kilku kibiców, którzy nie byli zadowoleni, że na ich terenie krzyczymy, że to jest właśnie Wrocław. Natomiast cieszymy się, ze chłopaki grają wszędzie u siebie i doceniają to, że właśnie tak mogą się czuć.

Macie z nimi kontakt na co dzień?

Tak, jak najbardziej. Zawodnicy są bardzo fajnymi, zwykłymi ludźmi, którzy na co dzień normalnie pracują. Są wśród nich wojskowi, lekarze, sprzedawcy, prawnicy czy pracownicy firm kurierskich – tak samo jak ich kibice. Może właśnie dlatego są w stanie wyrazić podziękowanie i zadowolenie, a czasem nawet zaskoczenie, że jesteśmy z nimi. Do Danii pojechaliśmy w kilka busów plus zaangażowaliśmy lokalną Polonię, która przyszła na spotkanie w dużej liczbie. Bardzo pozytywnie nas przywitali. Co ciekawe, byliśmy tam może w 25-30 kibiców z Polski, a prasa zagraniczna i drużyna, do której przyjechaliśmy twierdziła, że była nas 100. To tylko pokazuje w jaki sposób kibicujemy. Nasza drużyna oczywiście też była zaskoczona. Chociaż sądzę, że oni już wiedzą, że po nas można się spodziewać wszystkiego i pojedziemy za nimi wszędzie.

Na meczach reprezentacji Polski też się pojawiacie?

Staramy się jeździć za reprezentacją. Natomiast trzeba pamiętać, że w Polsce jest 5 lig futbolu amerykańskiego, a Pantery grają w 3 z nich. Jest TopLiga, następnie 3 liga i potem są juniorzy, a dla nas priorytetem jest wizyta na wszystkich meczach, w których grają Panthers. Oczywiście staramy się być na meczach reprezentacji i to w większości przypadków się udaje. Przeszkodą czasem jest odległość do miejsca, gdzie rozgrywane są te spotkania, ale zawsze kilka osób od nas na trybunach się znajdzie i barwy Panthers przeplatane z barwami narodowymi na pewno się tam pojawią.

Pamiętasz jakieś anegdotki z meczów?

Jednego razu przygotowaliśmy małą niespodziankę dla drużyny Seahawks na finał. Jako, że zawsze kiedy my jesteśmy w obronie, a oni w ataku, to quarterback, czyli osoba, która dyryguje całym atakiem, bierze piłkę i ją rozdysponowuje, musi się komunikować z resztą drużyny słownie. Naszą niespodzianką było 30 trąbek na sprężone powietrze plus bębny i trąbki zasilane naszymi ustami. Z tego co wiem, jeden z sędziów po meczu narzekał, że mieli problem żeby słyszeć się przez intercomy między sobą, więc niespodzianka się udała. Mecz wygrany, tytuł obroniony, i puchar mistrza Polski w rękach Panthers Wrocław.

Kolekcjonujesz pamiątki z meczów, wyjazdów?

Jest u mnie cała kolekcja koszulek i wszystkie bilety z meczów, na których byłem. Mam też nagrody indywidualne dla kibiców, bo takowe Pantery przyznają, i zostałem przez nich wyróżniony za pomoc, jaką udzielam klubowi. Inna nagroda, statuetka 12-tego zawodnika jako podziękowanie też jest bardzo fajnym gestem i pokazaniem, że Pantery widzą, szanują i doceniają to co robimy. Wielu kibiców na nie zasługuje i je otrzymuje, i im wszystkim należą się gratulacje.

Nie nudzisz się w przerwie międzysezonowej?

Wtedy trwa sezon za oceanem, więc można sobie pooglądać tamte mecze. Z jednej strony emocjonujące, z drugiej mam kompletny brak przywiązania do jakiejkolwiek drużyny, co też nie stanowi żadnej przeszkody w oglądaniu widowiska sportowego. Tam jest już zupełnie inny poziom i całkiem inaczej się to wszystko odbywa.

Jakie masz hobby poza futbolem amerykańskim?

Gy planszowe, gry figurkowe i filmy – na to jest akurat czas gdy przychodzi zima. Otarłem się w życiu o wiele różnych tematów: zaawansowane podkręcanie komputerów, książki fantasy też pochłaniam w dużych ilościach, więc wachlarz jest szeroki, jest w czym wybierać.

Jak zachęciłbyś kogoś, kto nigdy nie był na meczu do przyjścia na stadion?

Na stadionie panuje świetna atmosfera, taki rodzinny piknik, jeżeli chodzi o trybuny. Jesteś w stanie coś zjeść, poznać fajnych ludzi, zobaczyć emocjonujący sport, który w podstawowych zasadach wcale nie jest trudny. Ale trzeba uważać jak się przychodzi, bo można wsiąknąć jak ja.

Co najbardziej kochasz w tym sporcie?

Emocje. Ale cały wachlarz emocji, nie tylko tych związanych z wygrywaniem i przegrywaniem. Ten sport jest bardzo wciągająco-emocjonujący i to już od samej sfery taktycznej, bo co ciekawe, zasady gry można poznać dwojako. Można poznać te podstawowe, żeby cieszyć się samą rozgrywką i meczem, który oglądamy. Ale możemy też zagłębić się w stronę taktyczną, gdzie już dochodzimy do setek ustawień na boisku, zagrywek, które mogą rozgrywać zawodnicy, różnych ustawień i niuansów. Wtedy dopiero zdajemy sobie sprawę, jak bardzo jest to sport taktyczny i zespołowy. Każdy z członków drużyny musi być w danym miejscu, w danym ułamku sekundy i robić to, co do niego należy, bo inaczej wszystko przestaje działać. Do tego dochodzą zachowania kibiców, które mogą być wzorem dla wielu dyscyplin. To wszystko sprawia, że futbol amerykański to jest coś niesamowitego i niepowtarzalnego.

Fot. kolejno: Dawid Szulc, Patrycja Moczulska, Michał Klimek, Darek Bartyska

Rozmawiała: Katarzyna Kowol

Jesteś kibicem wrocławskiej drużyny i masz ciekawą historie do opowiedzenia? A może znasz kogoś, kto jest wiernym fanem sportu i regularnie pojawia się na arenach sportowych w naszym mieście? Jeśli tak – poinformuj nas o tym! Z chęcią poznamy Twoją historię i podzielimy się nią na łamach naszego portalu. Napisz do nas na adres redakcja@sportowywroclaw.pl i zostań bohaterem cyklu Portret kibica!

KOMENTARZE



Partnerzy

{"slides_column":"4","slides_scroll":"1","dots":"true","arrows":"true","autoplay":"true","autoplay_interval":"2000","loop":"true","rtl":"false","speed":"1000","center_mode":"false"}

Wyłącz AdBlock