Lidka Wilgosz: Mocno trzymamy się jako drużyna [WYWIAD]

Wrocławskiej drużynie Kosynierów kibicują od wielu lat. Chociaż lacrosse nie ma przed nimi już żadnych tajemnic, to każdy mecz traktują jak wyjątkowe wydarzenie, na którym nie mogłoby ich zabraknąć. W dzisiejszym Portrecie Kibica zapraszamy na wywiad z duetem żon lacrosse’a – Lidką Wilgosz i Miłką Matkowską-Filipek. O pasji, zaangażowaniu, emocjach oraz miłości – nie tylko do sportu.

Skąd wzięły się żony lacrosse’a?

Lidia: Z miłości! Z miłości do chłopaków i do tego, co robią. Żony lacrosse’a to żony, narzeczone, dziewczyny, kobiety związane z klubem. Zaczęło się od sekcji męskiej i żeńskiej – Kosynierów i Kosynierek. Na początku było tak, że Kosynierzy kibicowali Kosynierkom i na odwrót, taka solidarność wewnątrz klubu. A potem Kosynierzy zaczęli się wiązać z Kosynierkami, znajdować sobie dziewczyny, później narzeczone, żony i w pewnym momencie okazało się, że na trybunach są te najwierniejsze kobiety, które jeżdżą na wszystkie mecze, turnieje i dopingują swoich chłopców. I dlatego jesteśmy żonami lacrosse’a (śmiech).

Miłka: Tak, jak wspomniała Lidka, żony lacrosse’a to wszystkie ważne kobiety w życiu zawodników wrocławskiej drużyny. Żony i kochanki, siostry i mamy zawodników! Myślę, że niema nic fajniejszego niż widzieć radość w oczach człowieka, który uprawia ten sport. Żony lacrosse’a kibicują nie tylko na trybunach, kibicujemy ich sukcesom każdego dnia, poza boiskiem również. Żeby ta drużyna trwała, zdobywała sponsorów, żeby kolejny sezon był możliwy; bo widzimy ile pasji, cierpliwości temu oddają i ile różnych krętych dróg musieli przebyć, żeby dojść tu, gdzie są teraz. Nie wyobrażam sobie nie kibicować. My po prostu zawsze jesteśmy.

Od czego się zaczęło?

Lidka: Ja jestem od 7 lat emocjonalnie związana z Wojtkiem, reprezentantem Polski. Był taki okres, że Wojtek chodził 3 razy w tygodniu na trening. Te treningi trwały po 2-3 godziny i tego czasu nie można było spędzić razem. Dlatego w okresie letnim, gdy mieli treningi na Polach Marsowych, siadałam na boisku i oglądałam jak trenują. Nie znałam ludzi, ani tego sportu. Widziałam tylko ten dziwny kij, ale usiadłam i zdecydowałam się zostać. Potem to już jakoś poszło. Z każdym treningiem, z każdym meczem poznawało się Kosynierów coraz lepiej.

Miłka: Ja przeszłam w pewnym sensie ewolucję kibicowania. Najpierw mieszkałam w Poznaniu i mogłam uczestniczyć w wydarzeniach tylko w weekendy, tam na miejscu albo we Wrocławiu. Wtedy byłam stricte nastawiona na kibicowanie, wynik, akcję na boisku. Znałam wszystkie zasady, bo również grałam w lacrosse’a. Oczywiste było dla mnie, że skoro mój chłopak gra, to ja mu kibicuję. Ale nie zagłębiałam się w to i nie widziałam wartości całej drużyny; tego, czym ona jest. Byłam takim kibicem z doskoku. Później zaczęłam się bardziej w to wkręcać i dostrzegać w tym głębszy sens. Nieraz były łzy na trybunach, że coś nie wyszło i ogromne emocje. To wszystko bardzo ewoluowało i teraz nie wyobrażam sobie po prostu nie być wtedy, kiedy oni grają. Biegający po boisku zawodnicy, przestali być tylko zawodnikami – to jest moja rodzina i najbliżsi przyjaciele.

Jesteście na wszystkich meczach we Wrocławiu?

Lidka: We Wrocławiu tak. Miałam taki okres, kiedy jeździłam też na wszystkie mecze z chłopakami. W pewnym momencie życie nie pozwoliło, żeby być wszędzie, ale spotkania we Wrocławiu to są dla nas wielkie wydarzenia.

Miłka: W zeszłym roku w sierpniu braliśmy ślub. W lipcu, na 3 tygodnie przed ślubem chłopaki pojechali do Finlandii na mistrzostwa Europy. Znajomi mnie pytali: “Jak to? Przecież Wy za parę tygodni bierzecie ślub! Gdzie on jest, czemu on pojechał?” Ja totalnie nie miałam mu za złe tego, że go nie ma, a ja jestem tutaj w ferworze przygotowań do ślubu. Miałam żal, że ja nie mogę tam być! Kibicować, wspierać – tam na miejscu. Bałam się, że Michał się połamie i będę miała męża w gipsie na weselu, ale na szczęście wrócił cały. Oglądałam relacje, czytałam wiadomości od dziewczyn, które mogły pojechać, widziałam jak kibicują i było mi tęskno do tego.

Szczególnie ważny dla Was wyjazd, tytuł a może mecz?

Miłka: Myślę, że pierwszy mecz box lacrosse’a, na który pojechałam do Pragi. Byłam pod wielkim wrażeniem całego turnieju i jego organizacji, ale to, co mnie zaskoczyło najbardziej, to postawa mojego męża. Michał jest bardzo spokojną, opanowaną osobą, a tam zobaczyłam jego zupełnie inne oblicze. Ta odmiana lacrosse’a charakteryzuje się m.in. tym, że jest bardziej kontaktowa. W Pradze na boisku zobaczyłam zaciętość i upór mojego męża. Bardzo mnie to zszokowało, ale pozytywnie, bo dostrzegłam w nim prawdziwego wojownika i to mi zaimponowało. To, co mi zapadło w pamięć, to inny rodzaj błysku w oku u niego po zejściu z boiska. Wtedy już wiedziałam, że to dla niego zawsze będzie ta lepsza wersja lacrosse’a! Nie myliłam się.

Lidka: Dla mnie każdy finał był wyjątkowy, ale jeden szczególnie zapadł mi w pamięć. To był Oświęcim kilka lat temu, gdzie zrobiłyśmy naprawdę niesamowitą oprawę kibicowską. Tydzień przed wyjazdem razem z Agatą Lubowiecką, bramkarką Kosynierek, na jej działce malowałyśmy transparenty. Miałyśmy mnóstwo starych plakatów, farby i byłyśmy okropnie brudne od tego. Ale po całym dniu malowania, zrobiłyśmy taką oprawę, że Panowie byli wzruszeni. Po wygranym finale, powiedzieli nam, że nie spodziewali się, że kiedykolwiek w Polsce ktoś będzie im tak kibicował. Innym razem napisałyśmy sprayem na plakacie: “We <3 Kosy”. Wtedy Błażej zapytał, dlaczego napisałyśmy “We sercu Kosy” i od tego zaczęły się piosenki, przyśpiewki i potem już tak zostało (śmiech). Chłopaki zawsze pamiętają to co wymyślimy.

Interesujecie się sportem poza lacrossem?

Miłka: Sport zawsze był w moim życiu. Od dziecka, już w podstawówce byłam w szkolnej drużynie koszykówki, co potem kontynuowałam w gimnazjum i liceum. Później poszłam na studia, gdzie była sekcja lekkoatletyczna, więc skok wzwyż, rzut oszczepem, ale oprócz tego też lacrosse. Razem z Martą Dziekańską z Poznania założyłam żeńską drużynę Poznań Hussars Ladies. Sama grałam przez parę lat. Teraz już nie gram, tylko kibicuję. Ostatnio zaczęłam próbować też biegów narciarskich. Zobaczymy, co z tego będzie.

Lidka: Ja się sportem nigdy nie interesowałam. Miłość do niego przyszła z miłością do człowieka. Kiedy związałam się z Wojtkiem, to stałam się aktywną osobą. On mnie zmotywował do tego, żeby coś robić, ruszyć się z kanapy. Zaczęłam biegać. Gdy widziałam jaką on ma miłość do sportu, to też to polubiłam. Aczkolwiek, nigdy nie zaangażowałam się w aktywność fizyczną, tak jak on. Trzy treningi laxa w tygodniu plus jeszcze cross fit, siłownia. A w międzyczasie Wojtek brał kijek, szedł na ściankę i sobie sam odbijał, także ja jestem pełna podziwu, bo sama nie dałabym rady w ten sposób funkcjonować.

Udało się Wam ostatnio pojechać z nimi gdzieś dalej na turniej?

Lidka: Ja w zeszłym roku pojechałam z nimi do Belgii na Ken Gallucio Cup. 3 busy w pełni zapakowane Kosynierami oraz żonami lacrossa i sprzętem sportowym. My, jako kobiety Kosynierów, ze względów ekonomicznych często zajmujemy wolne miejsca w autokarach wyjazdowych.

Miłka: Albo same się organizujemy. Tak dziewczyny zebrały się do Turku w Finlandii. Kupiły bilety i poleciały z Gdańska samolotem. Nie na całe mistrzostwa, bo to trwało 2 albo 3 tygodnie, ale chociaż na parę dni, żeby przynajmniej 2 mecze zobaczyć na żywo. Jeździmy też do Pragi, do Drezna. Z kolei każda majówka to jest turniej Silesia Cup we Wrocławiu. Tak naprawdę ja nie wiem czym jest wyjazd na długi weekend majówkowy, bo od lat majówka to są Pola Marsowe i turniej.

Jeżeli chłopaki kiedyś przestaną grać, to Wy zostaniecie przy tym sporcie?

Miłka: Myślę, że nie ma takiej możliwości, że nie zostaniemy, bo chociaż jeszcze nie mamy dzieci, to wiemy, że będą grały w lacrosse’a, więc nie widzę tutaj miejsca na przerwę. Dlatego nawet jeżeli nie będziemy kibicować naszym partnerom, to będziemy trzymać kciuki za nasze dzieci.

Lidka: My dosyć mocno trzymamy się jako drużyna. Panowie są bardzo zgrani i zżyci ze sobą. Tu nie chodzi nawet o treningi, mecze czy imprezy. To jest też wspólne spędzanie czasu. Jesteśmy też paczką znajomych poza klubem, poza sportem. Sport nas połączył na tyle, że staliśmy się ekipą przyjaciół, pomagających sobie nawzajem. To jest kawał życia każdego z nas. Nieważne czy jesteś zawodnikiem na boisku, czy kibicem.

Co jest takiego wyjątkowego, co przyciąga do tego sportu?

Lidka: Dynamika. O lacrossie mówi się, że to najszybszy sport na dwóch nogach. Na pierwszym treningu było dla mnie szokiem, że w ogóle w taką małą siateczkę można złapać piłkę. To, jak można operować kijkiem – Panowie tam robią naprawdę czasami cuda. Szybkość, technika i precyzja. Dla mnie to jest niesamowite. Nie ma nudy na boisku, zawsze coś się dzieje. To jest po prostu ciekawy i bardzo widowiskowy sport.

Miłka: Przede wszystkim lacrosse jest zupełnie innym sportem niż te, które uprawiają wszyscy dookoła. To też jest jakaś wartość, bo zazwyczaj słyszy się o kimś kto gra w piłkę nożną, koszykówkę, albo chodzi na judo czy karate. Wydaje mi się, że jeżeli chce się spróbować czegoś nowego i podjąć wyzwanie – bo to jest ciężki, fizyczny, szybki sport, gdzie trzeba mieć dobrą kondycję i koordynację ruchową – to myślę, że warto w to iść. Wrocławska drużyna jest teraz otwarta na to wszystko: mamy rozwiniętą infrastrukturę, jest boisko, są trenerzy i ludzie, którzy chcą dzielić się swoją wiedzą oraz umiejętnościami i robią to za darmo, z pasji do tej dyscypliny. Więc nie pozostaje nic innego, jak przyjść na trening i grać!

Lidka: Oni robią to z sercem! Na początku sami uczyli się gry z internetu – jak rzucać, jak wiązać kijki. Później zaczęli zapraszać wykwalifikowanych trenerów na warsztaty. Bardzo rozwinęła się kadra trenerska tutaj we Wrocławiu. Od chłopaków, którzy wiedzieli, że trzeba rzucać i łapać, do profesjonalistów, którzy mają niesamowitą wiedzę na temat tego sportu i potrafią ją dalej przekazać. Robią to z serca, od siebie. To jest po prostu pasja i miłość do tego sportu. Bardzo im kibicujemy.

fot.: Marek Stor / shutterlax.com oraz prywatne zbiory bohaterek materiału

rozmawiała Katarzyna Kowol

KOMENTARZE



Wyłącz AdBlock