Krzysztof Mucha: Sędzia nie może być policjantem [WYWIAD]

Podczas meczu stoi zawsze z boku. Niewiele mówi i komunikuje się zazwyczaj za pomocą gestów. Nie może go jednak zabraknąć na hali, bo bez niego spotkanie zwyczajnie się nie odbędzie. Tym razem o przedstawienie swojej sportowej historii poprosiliśmy sędziego siatkarskiego Krzysztofa Muchę. Nasz rozmówca opowiada o kulisach swojej pracy oraz zdradza, jakie warunki trzeba spełnić, żeby dołączyć do grona arbitrów.

Od jak dawna zajmujesz się sędziowaniem?

Jestem sędzią siatkówki halowej od 7 lat, ale zaczynałem jako sędzia młodzieżowy w wieku lat 16. To wtedy mój nauczyciel wychowania fizycznego w liceum Pan Przemysław Kłapkowski stwierdził, że zrobi ze mnie sędziego i tak już zostało (śmiech). Zrobiłem kurs podstawowy, a po roku poszedłem na kurs sędziego siatkówki plażowej i wciąż nim jestem. W tym roku mam nadzieję zostać arbitrem szczebla centralnego właśnie w plażówce, a później może również i na hali. Dodatkowo, jestem członkiem Wydziału Gier i Dyscypliny i zajmuję się rozgrywkami kadetów i kadetek. A oprócz samej siatkówki i życia nią, studiuję budownictwo na Politechnice Wrocławskiej.

Jak wygląda proces przygotowań do zostania sędzią siatkarskim?

Jeśli chodzi o kurs na sędziego młodzieżowego, to były to przygotowania teoretyczne plus praktyka. Wiadomo, że to nie są te same wymagania, z którymi spotyka się sędzia regionalny, ale muszę przyznać, że te kursy wiele mnie nauczyły. Na początku jest wałkowanie przepisów kawałek po kawałku tak, żeby każdy to zrozumiał. Potem jest nauka pisania protokołu i praktyka. Wszystko wieńczone jest egzaminami z każdej z części. Po tym wszystkim zostaje się zatwierdzonym przez Zarząd Dolnośląskiego Związku Piłki Siatkowej i wtedy zaczyna się normalnie sędziowanie. W trakcie sezonu jestem oceniany przez innych, bardziej doświadczonych sędziów, którzy mają jakieś uwagi i podpowiedzi. Ich oceny ważą potem na ewentualnych awansach bądź nie.

Który mecz w roli sędziego był dla Ciebie do tej pory najważniejszy?

Na plażówce sędziowałem mecz o 3. miejsce Mistrzostw Polski Młodziczek, a miałem wówczas dopiero 19 lat. Byłem wtedy sędzią drugim, czyli tym, który stoi na dole. Jeżeli chodzi o obsadę pomocniczą, to rok temu na 4-gwiazdkowym turnieju World Tour w Olsztynie, miałem przyjemność być asystentem sekretarza na meczu o brązowy medal turnieju. Na turnieju kwalifikacyjnym siatkówki plażowej do igrzysk olimpijskich w Rio 2016 rozgrywanym w Norwegii, podczas tzw. złotego meczu o złoty medal, też siedziałem przy stoliku sekretarza. Na hali tych sukcesów jest troszkę mniej, aczkolwiek zarówno parę meczów żeńskiej ekstraklasy, jak i tych międzynarodowych zdarzyło mi się sędziować.

Czujesz różnicę sędziując jako sędzia pierwszy bądź liniowy?

Różnica jest w tym, że muszę się skupić na czymś innym, bo jednak jako sędzia pierwszy – nie mylić z sędzią głównym, bo to są dwie różne pozycje sędziowskie – muszę się skupić ogólnie na grze piłką, na samej technice zawodników, na ich zachowaniu. Natomiast jako sędzia liniowy obserwuję głównie blok i piłkę – podstawowe rzeczy, które leżą w moich kompetencjach. Na resztę nie mam wpływu. Presja na liniowym jest trochę mniejsza, bo jednak główne zadania ma sędzia pierwszy i nawet jak ja się pomylę, to on ma prawo zmienić moją decyzję. I tu jest ta podstawowa różnica.

Przygotowujesz się w szczególny sposób do spotkań?

Muzyka mnie odpręża. Zazwyczaj przed meczami potrzebuję 30 minut dla siebie. Wtedy mogę wyzerować wszystkie emocje i uprzedzenia do zawodników. Po tylu latach znam większość trenerów, zawodników i wiem, co potrafią. Oni z resztą też mnie znają i wiedzą, gdzie mnie ukłuć. Dlatego staram się od tego odciąć – chcę mieć po prostu czysty, pusty umysł i skupić się na tym, co mam robić. Nic innego poza meczem nie powinno mnie interesować i tak staram się działać.

Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w pracy sędziego?

Czucie gry. Zawodnicy lubią tworzyć presję na sędziach, a są takie błędy, które można rozwiązać raz w jedną, a raz w drugą stronę. Choćby ocena czystości odbicia czy piłki sytuacyjne. Też pamiętajmy, że jak zawodnik broni i mamy efektowną akcję, to należałoby wtórować zasadzie “keep ball flying”, czyli trzymaj piłkę w grze. W różnych sytuacjach różne bywa. Dlatego trzeba być konsekwentnym, bo jeżeli widać, że sędzia nie radzi sobie z równym traktowaniem zespołów i nie potrafi umiejętnie zarządzać grą, to jest to trochę jak ze słodzeniem herbaty żwirem – wiadomo że będzie potem zgrzyt. A to zawodnicy i ich gra powinny stanowić o widowisku, a nie sędzia. Ja powinienem być jak najbardziej w tle i wkraczać tylko w tych momentach, w których jest to konieczne. Sędzia nie może być policjantem i nie powinien trzymać się kurczowo przepisów.

Co Cię najbardziej pasjonuje w tej pracy?

Po pierwsze, możliwość samorozwoju. Po drugie, szansa żeby być wśród tych największych gwiazd – i nie mówię tu tylko o zawodnikach, ale też o sędziach. Nawet, gdy oglądam mecz z pozycji sędziego rezerwowego, to przecież jestem w pierwszym rzędzie (śmiech)! Dlatego, na pewno warto w to iść, jeśli chce się robić coś nietypowego w życiu. Tylko to musi człowiekowi sprawiać przyjemność, więc trzeba spróbować – a może okaże się to strzałem w dziesiątkę. Oczywiście, z tym wiąże się dużo pracy nad sobą. Natomiast jeżeli ktoś o tym myśli lub waha się, to polecam. W szczególności, że nasze środowisko jest dość zżyte ze sobą, więc na pewno jak ktoś będzie miał jakieś problemy, kłopoty, pytania – zawsze znajdzie na nie odpowiedź.

Pamiętasz jakieś zabawne sytuacja z boiska?

Mam bardzo duży dystans do siebie i często fotografowie łapią mnie w dość dziwnych pozach na meczach. Ja ogólnie mam bardzo spokojne podejście do życia i raczej staram się wszystko obracać w śmiech. W tym sezonie zdarzyła mi się jedna taka sytuacja, gdy sędziowałem pewien mecz i pokazałem piłkę w polu. Moim zdaniem to było wyraźne pole. Zawodnicy też się z tym zgodzili i zaakceptowali moją decyzję na swoją niekorzyść. Trener natomiast nie mógł się z tym pogodzić i cały czas krzyczał coś przy linii bocznej. Kapitan do niego podszedł i mu powiedział, że było pole, i że on to widział. Nie pomogło. Wezwałem kapitana do siebie i mówię, że to zachowanie kwalifikuje się już na żółtą kartkę. Po czym on mi odpowiedział: “Wie pan co, panie sędzio? Pan mu da tę kartkę”. Nasz klient, nasz pan (śmiech). Także zawodnicy, z którymi czasami zdarza mi się rozmawiać, wiedzą, że jeżeli sędzia szanuje sam siebie, to oni będą szanować jego. Jeżeli daje sobie wejść na głowę, będą to wykorzystywać do końca, bo wiadomo, każdy chce dla siebie jak najlepiej. I tu ich w 100% rozumiem.

Jeśli zdarza się sytuacja, w które nie jesteś pewien swojej decyzji i masz tylko kila sekund, żeby ją podjąć, co wtedy?

Pierwsza myśl, która się pojawia, to: “Houston, mamy problem”. Po to mam sędziego drugiego, żeby mi pomógł, ale on też czasami może nie wiedzieć. A im dłużej się zastanawiam, tym gorzej dla mnie, bo zespoły czują, że czegoś nie wiem. Dlatego jeżeli jest taka sytuacja, w której nikt inny mi nie pomoże, to po prostu pokazuję to, co moim zdaniem było. I zazwyczaj jak pokażę pewnie, to zawodnicy domniemają, że tak było. Natomiast jeśli dłużej się zastanawiam, to zaczyna się szukanie błędów i potem mam pielgrzymki pod słupek jak do bazyliki w Licheniu (śmiech).

Jak sędziuje się na Krupniczej? Pytam, bo to jest dość specyficzna hala.

Na pewno ciężko jest upilnować zawodników rezerwowych, bo zza arkad, które tam są nic nie widać. Każdy z zawodników chce sobie poobserwować co dzieje się na boisku, i często, gęsto wchodzą w miejsca, w które nie powinni. Ze względu na to, że linie są w miarę wyraźnie wymalowane, to jest to taka standardowa hala, ale z wyjątkowym klimatem. Może jest troszkę węższa, ale wydaje mi się, że jest tak po środku, jeśli chodzi o sędziowanie. Niestety zdarzają się też takie, szczególnie na zawodach szkolnych, gdzie stoi się na parapecie i brzuch wystaje nad linię boczną, a przed atakami tylko go wciągam, z nadzieją, że piłka mnie nie zahaczy (śmiech).

Miałeś okazję pracować z systemem Challenge? Lepiej z nim, czy bez niego?

Tak, miałem okazję i wydaje mi się, że z nim jest lepiej, choć ekspertem w tych sprawach nie jestem. Gdy nie było takiego wsparcia sędziego w pewnych newralgicznych sytuacjach, to zawodnicy często próbowali wymusić jakieś decyzje. A tak, w razie czego drużyna może dwa razy w ciągu seta skorzystać z challengu. Dzięki temu zawodnicy czują, że mogą sędziego sprawdzić i myślę, że to ich uspokaja i nie ma siłowego wymuszania decyzji. Chociaż challenge też nie na wszystkie pytania nam odpowie.

Interesujesz się sportem poza siatkówką?

Ogólnie jestem multisportowcem, jeśli chodzi o interesowanie się i kibicowanie. Sam kiedyś trenowałem koszykówkę. Potem to już siatkówka i sędziowanie, i tak to się dalej potoczyło. Co do innych sportów, to oczywiście piłka nożna – polska i angielska liga. Interesuję się też snookerem. To jest u nas dyscyplina niezbyt popularna, ale dużo spokojniejsza od siatkówki. Oprócz tego żużel – kiedyś chodziłem na Spartę, teraz raczej ją oglądam, ale jestem z tym na bieżąco. No i oczywiście siatkówka – jakżeby inaczej! Oglądam mecze PlusLigi, chociaż raczej jestem związany z lokalnymi klubami – te leżą w sercu.

Czy potrafisz odciąć się od bycia sędzią, gdy oglądasz mecz dla przyjemności?

Zależy jaki mecz oglądam. Jeżeli jako neutralny kibic, to staram się ekscytować grą i tym, co pokazują zespoły. Aczkolwiek, zawsze próbuję coś podpatrzeć od moich bardziej doświadczonych kolegów. Muszę od kogoś brać przykład i wprowadzać sobie pewne elementy do własnej praktyki. Czasami ciężko jest się od tego odciąć. Zastanawiam się nad samą techniką sędziowania i tym, co sędziowie robią w trakcie, po i przed akcją. Tego naprawdę jest sporo i większość osób, którym się wydaje, że sędziowanie to jest prosta robota jest w dużym błędzie. Ja muszę mieć oczy dookoła głowy. A że to jest moja pasja, to chcę być coraz lepszy w tym, co robię.

Widać, że żyjesz siatkówką. Czy zostałeś już w jakiś sposób doceniony za swoje zaangażowanie?

Mój wysiłek został doceniony, ponieważ półtorej roku temu otrzymałem srebrną oznakę honorową PZPS-u za moją pracę na rzecz rozwoju dolnośląskiej siatkówki. Cały Zarząd DZPS-u robi u nas bardzo dobrą robotę, za co należy im się szacunek i podziękowania, a ja jedynie dokładam tam jakąś małą cegiełkę, z czego jestem ogromnie dumny. Mam za to nadzieję, że w przyszłości będę dalej się rozwijał i sędziował coraz lepsze mecze.

Fot.: Kamil Pastusiak, Oliwia Spisak, Maciej Romaniszyn oraz zbiory prywatne rozmówcy

Rozmawiała: Katarzyna Kowol

KOMENTARZE



Wyłącz AdBlock