Edyta Łabecka: Siatkówkę kocham za emocje [WYWIAD]

Bez siatkówki nie wyobraża sobie życia, choć jeszcze kilkanaście lat temu nie znała jej zasad. Teraz każdy weekend spędza na trybunach, kibicując swojej córce, broniącej barw klubu AZS AWF Wrocław. W kolejnej odsłonie cyklu Portret Kibica, zapraszamy na rozmowę z Edytą Łabecką o pasji do siatkówki, która stała się dla niej życiową przygodą. 

Spotkałam Panią na siatkarskim meczu kadetek AWF-u. Z bębnem w ręku i okrzykiem na ustach – to częsty widok w Pani przypadku?

Owszem, częsty widok. Kibicuję przede wszystkim dlatego, ponieważ w AZS-ie gra moja córka i nie potrafię oglądać meczu na spokojnie. To są emocje, adrenalina, która objawia się u kibiców tak samo jak u zawodniczek na boisku. Nie potrafię obserwować akcji na chłodno, tylko daję z siebie wszystko – okrzykami, z pomocą trąbki i innych akcesoriów wszelkiego rodzaju. Oczywiście obowiązkowo w klubowej koszulce i szaliku.

Od dawna Pani kibicuje?

Wszystko zaczęło się od mojego syna, który również gra w siatkówkę. Patryk chodził do Szkoły Podstawowej nr 50 i tam zaczął trenować pod okiem trenera Tomasza Pajora. Gdy ich klasa kończyła podstawówkę wszyscy przeszli do Gimnazjum nr 5 i tam trafili pod skrzydła trenera Piotra Lebiody do Gwardii Wrocław. To była bardzo fajna grupa, rocznik ’94. A my mieliśmy fantastyczną grupę rodziców, którzy wspierali swoje dzieci, żeby grały i miały efekty. Jak już przeszli z młodzików na poziom kadeta, a potem juniora, to zaczęły się szaliki, bębny, koszulki, jeżdżenie za drużyną i kibicowanie.

Potem siatkówką zaraziła się też córka Kinga.

Między synem a córką jest 7 lat różnicy. Ona tego bakcyla do siatkówki przejęła po synu przez to, że jeździła z nami i oglądała mecze. Też kończyła Szkołę Podstawową nr 50 i zaczęła treningi z panią Olą Tracz. Później trenowała przez jeden rok z trenerem Zbigniewem Barańskim, a następnie przeszła do klubu AWF-u i zaczęła się przygoda z trenerem Marcinem Ściślakiem. Obecnie kibicuję synowi i córce. Patryk występuję w III lidze, w Siatkarzu Bierutów i lidze międzyuczelnianej w barwach Akademii Wojsk Lądowych. W naszym domu sezon siatkarski jest zawsze bardzo intensywny – jeździmy gdzie i kiedy się da.

Mąż też z Panią kibicuje?

On jest bardziej obserwatorem, który potrafi po meczu powiedzieć, w jakim momencie córka, syn, lub inni zawodnicy popełnili błędy. Owszem, też ubiera koszulkę i jest na meczu z nami, ale nie emocjonuje się tak bardzo. Mąż jest spokojnym kibicem, a taką matką-wariatką jestem właśnie ja. Jak jedziemy na mecz, to pakujemy do samochodu wszystkie gadżety i ruszamy przed siebie. I to jest fajne. Uważam, że jak dziecko widzi, że jeździsz, kibicujesz, to jemu jeszcze bardziej chce się starać i dawać z siebie wszystko na boisku. Dzieciakom lepiej się gra, jak widzą, że my jesteśmy i kibicujemy, i że jest ten dodatkowy zawodnik w postaci kibiców-rodziców.

Macie swój Klub Kibica na AWF-ie?

To nie jest oficjalny Klub Kibica. Jest raczej tak, że skrzykujemy się, jedziemy i kibicujemy. Zorganizowaliśmy sobie szaliki, trąbki i znaleźliśmy sponsora, który kupił nam bęben. Nie ukrywam, że jakby człowiek mógł, to zrobiłby wszystko dla tej drużyny. Te działania napędzają nasze dziewczyny, żeby robiły jak najlepiej to, co lubią robić. Tak naprawę jesteśmy jedną wielką rodziną. Przychodzimy na mecz i nie patrzymy tylko na swoje dzieci, ale traktujemy wszystkie zawodniczki jak nasze i wszystkim kibicujemy. Mi to podnosi poziom adrenaliny po prostu lepiej się czuję. Bardzo nie lubię jak jest przerwa w rozgrywkach i nie ma gdzie pojechać, żeby kibicować. Wtedy nie wiem co mam ze sobą zrobić (śmiech)!

Czy któryś z wyjazdów był dla Pani szczególny?

Wyjazdem, który utkwił mi w pamięci i niesamowicie mile go wspominam, był finał Mistrzostw Polski Juniorów w Radomiu. Jeden z rodziców miał dużego busa, więc skrzyknęliśmy się i pojechaliśmy tam na cały turniej wszyscy razem. Mieliśmy bęben, trąbki, koszulki i szaliki. Nie zapomnę jak podjechaliśmy pod hotel, w którym chłopcy byli zakwaterowani, no i trzeba było pokazać, kto przyjechał. Podjeżdżając, kierowca otwarł okna i zaczęliśmy śpiewać “Gwardia Wrocław”. Wszyscy wyszli do okien zobaczyć, kto podjechał. Pamiętam, że na tym turnieju na jednym z meczów był obecny pan Ireneusz Mazur. Graliśmy wtedy z Częstochową, była walka na przewagi i spotkanie było naprawdę niesamowite. On sam nam powiedział, że oglądał ten mecz i miał wrażenie, że jest na seniorskiej siatkówce, i że te emocje, wspólne kibicowanie udzieliło się wszystkim. To był wyjazd, który najbardziej utkwił mi w pamięci. Chłopcy zajęli 4. miejsce w Mistrzostwach Polski, ale to już nawet nie chodzi o to miejsce, tylko o atmosferę jaka była podczas całego turnieju.

A najważniejszy mecz w Pani życiu?

Meczów było naprawdę wiele, więc ciężko jest wybrać ten najważniejszy. Pamiętam, że chłopcy grając np. w grupie wiekowej w kadecie byli na tyle mocni, że trener przerzucał ich też do zespołu juniorów. Wtedy na hali Gwardii odbywały się półfinały Mistrzostw Polski Juniorów, a nasza drużyna była tą najmłodszą grupą wiekową i o awans do finału przegrała z Bielsko-Białą. Tamci zawodnicy byli starsi od naszych, dobrze zbudowani i pamiętam, że jak wchodzili na boisko, to zapanowało takie przerażenie i pojawiła się myśl: “Boże, przecież oni naszych chłopców pozabijają…”. Jak się jednak okazało, nasi chłopcy postawili im wysoko poprzeczkę, bo owszem przegrali z nimi, ale dopiero w tie-breaku i to na przewagi. Ze spotkań syna pamiętam akurat ten mecz. A jeśli chodzi o córkę, to ciężko jeszcze na tym etapie wybrać jakieś szczególne spotkanie. Powiem tak: każde jest super, które wygrywają.

Miała Pani jakąś przygodę ze sportem zanim syn zaczął grać w siatkówkę?

Nie, sport mnie tak nie pociągał. Dopiero gdy dzieci zaczęły grać, to ja zaczęłam się tym interesować. Syn dostał propozycję w szkole podstawowej, żeby pójść do klasy pływackiej bądź siatkarskiej. Długo zastanawialiśmy się, rozważaliśmy, rozmawialiśmy z Patrykiem o jego wyborze. W końcu stanęło na siatkówce. Później przychodził ze szkoły, opowiadał mi co robili, chwalił się, a ja nie rozumiałam, co do mnie mówi. Raz przyszedł i powiedział, że uczyli się plasować, a ja nie wiedziałam co to znaczy plas. Dopiero jak mąż przyszedł z pracy, to go o to zapytałam i on mi zaczął wszystko tłumaczyć. Tak się w to wkręciłam, że teraz nie wyobrażam sobie innego sportu niż siatkówka. Z zainteresowaniem śledzę też PlusLigę i rozgrywki reprezentacyjne.

Za co najbardziej kocha Pani ten sport?

Za emocje, które siatkówka daje. Tam nie jest tak, że jeden zawodnik wygrywa mecz. Tam jest zespół, gdzie one albo oni tworzą jedną całość i współpracują ze sobą. Ten sport jest nieprzewidywalny. Każda akcja, każda sytuacja – wszystko jest inne. Jak obserwuję mecze reprezentacji Polski w telewizji i widzę jaka tam panuje atmosfera, to myślę, że ja bym się fantastycznie czuła w takim gronie. Druga rzecz, na takich meczach wyrzucasz swoje emocje na zewnątrz, wyżyjesz się na bębnie, wykrzyczysz i nie trzymasz tego w sobie. Jak ktoś chce wiedzieć, gdzie można mnie spotkać w sobotę, to trzeba sprawdzić tylko tabelę, gdzie gra AWF, bo wiadomo, że jestem na meczu. Nie wyobrażam sobie teraz, jakby to było gdyby mi tego nagle zabrakło. Siatkówkę kocham za emocje.

Fot.: zbiory prywatne Edyty Łabeckiej

Rozmawiała Katarzyna Kowol

KOMENTARZE



Wyłącz AdBlock