Siatkówka. Łukasz Kadziewicz: Moim marzeniem jest, żeby Akademia Siatkówki była w każdym województwie w Polsce [WYWIAD]

Działają na Dolnym Śląsku oraz Warmii i Mazurach. W marcu tego roku zorganizowali 1500 trening dla swoich podopiecznych i nie zamierzają na tym poprzestać. Akademia Siatkówki założona niemal dwa lata temu przez siatkarskie trio – Łukasza Kadziewicza, Pawła Siezieniewskiego oraz Macieja Dobrowolskiego, wciąż ma się dobrze i prężnie się rozwija. O jej początkach, codziennej pracy, a także planach na przyszłość, w rozmowie z naszym portalem opowiada Łukasz Kadziewicz.

Za wami 1500 trening w Akademii Siatkówki. Gdy patrzycie na to z perspektywy czasu i tych wszystkich godzin pracy, to czy od początku sądziliście, że znajdziecie się w tym miejscu?

Jasne, my byliśmy o tym przekonani! Nie rozpoczynalibyśmy projektu, w który byśmy nie wierzyli, a wierzyliśmy w niego na maksa. Wiele osób powątpiewało, patrząc na to, jak chcemy to zrobić i w ilu miejscach chcemy być. Jesteśmy mega szczęśliwi, że ponad 200 dzieci zaangażowanych jest w projekt; że jesteśmy w kilkunastu miejscach w dwóch województwach, na Warmii i Mazurach i na Dolnym Śląsku, ale to nie koniec. Mamy kolejne niespodzianki. Zapraszamy kolegów i koleżanki, którzy kończą swoją przygodę z siatkówką. Chcemy żeby Akademia rosła w siłę i żeby pojawiły się nowe województwa. Przy pierwszym treningu mieliśmy świadomość, jak bardzo w to wierzymy, ile pasji jest w tym projekcie i w nas, i ile pracy trzeba będzie w to włożyć. Chociaż tego chyba nawet nie można nazwać pracą, bo robimy to, co kochamy. Zostaliśmy przy sporcie i co najważniejsze, działamy z dziećmi. Dziećmi, które w dzisiejszych czasach mają duży problem ze sportem i aktywnością fizyczną.

Pamiętasz jeszcze ten pierwszy trening? Wyjście na salę i inaugurację całego projektu?

Szczerze? Nie. Teraz odpowiadając na pytanie, sam sobie chciałem ten obrazek przybliżyć w głowie, ale nie. Nie pamiętam tego. Uwierzcie mi, przy projekcie jest mnóstwo pracy, w tym administracyjnej. Sam trening, przyjście na salę, i kiedy widzisz, że dzieci mają koszulkę, wiesz, że są ubezpieczone, jest woda, trener, fotograf, są szkolenia – to jest wisienka na torcie. Ten trening to jest na koniec dnia najprzyjemniejsza sprawa, bo sama praca, którą trzeba włożyć, żeby Akademia się rozwijała, jest naprawdę ogromna. Tego akurat się nie spodziewałem, że z miesiąca na miesiąc i z roku na rok, pracy jest coraz więcej, a nie coraz mniej (śmiech). Ale to jest fajne, budujące.

Pewnie będzie jej jeszcze więcej.

Tak! Moim marzeniem jest, żeby Akademia Siatkówki była w każdym województwie w Polsce. Mamy wielu kolegów, którzy kończą karierę i mają wielkie nazwiska. My mamy pomysł, wiemy jak to robić, więc dlaczego nie? Całe życie marzyłem i marzę teraz, mówiąc o swoim projekcie, i mam nadzieję, że będziemy działać na skalę ogólnopolską.

Komu z waszej trójki pomysł na Akademię jako pierwszemu zaświtał w głowie?

Nieskromnie powiem, że ten pomysł urodził się w mojej głowie. Przyjeżdżając do Lubina, miałem świadomość, że to są moje ostatnie dwa, góra trzy lata, jeżeli chodzi o zawodowy sport. Czułem się już zmęczony, zniszczony sportem. Gdzieś w głowie zaczęło kiełkować, że to jest fajny pomysł. Sam urodziłem się w niewielkiej miejscowości na Warmii i Mazurach, w Dobrym Mieście, i ja tę szansę dostałem, bo spotkałem na swojej drodze pasjonata, który zaraził mnie siatkówką. W dużych ośrodkach miejskich mamy wszystko. Dziecko może wybierać od aikido, po fortepian, chór, wszystkie sporty, a w tych miasteczkach choćby 30-40 km od Wrocławia, rodzicie nie mają czasu, żeby przywieźć dziecko do większego miasta na zajęcia. Oferta kulturalna i sportowa tam jest, ale nie na tak wysokim poziomie, jak w aglomeracji miejskiej. W tym projekcie bardzo pomogła mi też była siatkarka Gabriela Laskowska. To ona gasiła mój temperament, pokazywała mi, w którą stronę powinienem iść, na czym się skoncentrować. Do projektu został zaproszony po dwóch latach budowania tej części administracyjnej, Paweł Siezieniewski. Później stwierdziliśmy, że mamy fajnego człowieka, jakim jest Maciek Dobrowolski. Wykształcony, pedagog, człowiek, który skończył grać i poszedł pracować do szkoły. Teraz działamy dalej, bo coraz więcej naszych znajomych kończy kariery i już wiadomo, że od września pojawią się ciekawe nazwiska w nowym województwie.

Kto dołącza do Akademii Siatkówki?

Są to kobiety. Piękne kobiety i wspaniałe siatkarki, Asia Kaczor i Milena Radecka. Mamy nadzieję, że też rozkochają się w Akademii, tak samo jak my.

W którym województwie planujecie zagościć?

Chcielibyśmy, żeby nasza Akademia była również na Mazowszu, w miejscach dookoła Warszawy. Jest tego bardzo dużo. Zobaczymy czy gminy, burmistrzowie, podmioty miejskie, które finansują tego typu projekty, będą chciały, żeby akurat siatkówka w postaci Akademii z naszymi nazwiskami zagościła w ich ośrodkach.

Co było i być może nadal jest najtrudniejszym elementem tworzenia Akademii?

Wbrew pozorom, papierologia. Chylę czoła przed wszystkimi ludźmi, którzy się zgodzili, jak i również przed tymi, którzy powiedzieli: “nie, bo nie mam na to pieniędzy”. Jednak mam generalnie apel do wszystkich ludzi, którzy są związani z administracją państwową i dysponują funduszami: przestańmy mówić o sporcie młodzieżowym i dziecięcym, tylko zacznijmy coś robić. Nie każdy jest fundacją czy stowarzyszeniem. Są ludzie tacy jak ja, którzy prowadzą działalność gospodarczą, wiedzą jak to robić i chcą aktywizować dzieci. To się łączy z kosztami. Wielki sport to ogromne pieniądze, sport młodzieżowy i dziecięcy to mniejsze środki, ale trzeba je znaleźć. To wszystko ładnie wygląda na plakatach wyborczych, że jesteśmy pro-sportowi. Zdążyłem się już przekonać, że nie do końca tak jest, ale codziennie uczę się pokory. Sama praca w Akademii, rozmowy z ludźmi, którzy mogą pomóc mi w sfinansowaniu projektu, są dla mnie ogromnym doświadczeniem, dzięki któremu czuję, że rozwijam się jako człowiek. To jest chyba największe wyzwanie.

Jeśli chodzi o samo trenowanie: macie 6 oddziałów na Dolnym Śląsku i 8 na Warmii i Mazurach. Jak to wszystko wygląda na co dzień?

Każde dziecko ma 8 jednostek treningowych w miesiącu. W każdej grupie mamy trenera, który odpowiada za te dzieciaki. Paweł Siezieniewski mieszka na Dolnym Śląsku, czyli w pewnym sensie “szefuje” tutaj w regionie; natomiast Maciek Dobrowolski na Warmii i Mazurach. Codziennie po południu jesteśmy na treningu. Ja wczoraj byłem w Wierzbnie i w Marcinkowicach. Jestem osobą mobilną, żyję i mieszkam w samochodzie, w pociągu, w samolocie. Z racji tego, że pracuję jako komentator sportowy, to jeżdżę praktycznie ciągle po Polsce, a każdy wolny czas poświęcam Akademii. Chłopaki opiekują się regionami, a ja jestem osobą, która stara się ekspansywnie działać w kraju, żebyśmy zaczepili się w nowych punktach.

To jest pewnie mniej męczące niż wszelkie formalności?

Ja chodzę i pokazuję jak to pięknie wygląda, Paweł jest człowiekiem, który ma pilnować treningów, a Maciek jest najważniejszą osobą w Akademii, bo to on koresponduje z panią prawnik, z księgowością, trzyma sekretariat. Mamy jeszcze Adriana Brzozowskiego dziennikarza Polsatu Sport, który pomaga nam z social mediami, więc to jest naprawdę wielki projekt. Sam się tego nie spodziewałem. Myślałem, że to będzie jeden papierek, ale w to wszystko wchodzą ubezpieczenia, mierzenie dzieciaków, przywożenie sprzętu, zamawianie wody. Całkiem niezłe przedsięwzięcie.

Na jakich zasadach dobieracie trenerów do Akademii?

To jest bardzo ważne już na pierwszym etapie rozmowy z gminą. Sugerujemy, żeby to był człowiek z regionu. Konkretnie z danego miejsca, z danej szkoły. Po pierwsze, dlatego, że projekt może się kiedyś skończyć, a ten człowiek jest szkolony, ma pomoce dydaktyczne i on będzie mógł zostać. Dodatkowo, pracuje z dziećmi, które zna. Nie interesuje nas wiek, płeć, kolor skóry, ten człowiek musi mieć pasję. Ja chcę wejść na trening, nawet nie informując trenera o tym, że przyjeżdżam zgodnie z grafikiem konkretnego dnia, i chcę żeby ten człowiek czuł radość, że jest z tymi dzieciakami i może ich czegoś nauczyć. Robię taki objazd po Polsce i przez miesiąc staram się być po raz, po dwa razy w każdej grupie. Nie było mnie 3-4 tygodnie w Wierzbnie, pojechałem tam ostatnio i widzę postęp! Wtedy mówię trenerowi: “Świetna robota! Zobacz jak w tej młodszej grupa ładnie wygląda dany element”, na co on odpowiada: “Dziękuję! Komplementujesz mnie teraz!”. To jest właśnie fajne, bo ja po nim widzę, że jemu się chce. Z resztą o każdym trenerze pracującym w projekcie mogę wypowiadać się w samych superlatywach, bo są to ludzie z pasją i mam nadzieję, że te dzieciaki za parę lat będą pamiętały, że miały fajnych trenerów, od których czegoś się nauczyły.

Macie już jakieś pierwsze namacalne sukcesy szkoleniowe?

Naszym sukcesem jest to, że poszczególne jednostki zaczynają po treningach z nami interesować się siatkówką. Idą do szkół, które objęte są programem Siatkarskich Ośrodków Sportowych i chciałyby się bawić w siatkówkę. My jesteśmy dla nich tym pierwszym etapem. Założeniem Akademii jest jak najmocniej kopnąć dzieciaka w tyłek, żeby wskoczył w świat sportu. Czy to będzie piłka ręczna, pływanie, piłka nożna, koszykówka, czy zostanie przy siatkówce – to nas nie interesuje. My chcemy dać mu takiego pstryczka na start. Idź dalej przez życie, rozwijaj się, ale miej za plecami sport, bo moim zdaniem to ma przeogromną wartość jeżeli chodzi o sam proces wychowawczy.

Dzieciaki jakoś szczególnie reagują, cieszą się z waszej obecności na treningach?

Nie powiem czy się cieszą, czy bardziej starają, bo my bardzo skracamy dystans. Na mój widok na pewno się nie cieszą, bo jestem tym człowiekiem, który dyscyplinuje (śmiech). Sam byłem na treningu często niegrzeczny i teraz wymagam, że gdy przychodzi się na zajęcia na godzinę, to trzeba być skoncentrowanym i nie można marnować tu czasu. Oczywiście, świetnie się bawimy, ale z szacunkiem do trenera i do swoich kolegów i koleżanek.

Planujecie otworzyć oddział we Wrocławiu?

To już jest pytanie do administracji miejskiej. Próbowaliśmy coś otworzyć, ale Wrocław to duże miasto, a my nie chcemy się rozpychać łokciami. Przychodząc do gabinetu każdego burmistrza mówimy, że do naszego projektu bardzo łatwo wejść i bardzo łatwo z niego wyjść. Jeżeli my stracimy potencjał dziecięcy, to znaczy, że to była nasza porażka dydaktyczna. To by oznaczało, że jestem słabym trenerem i nie prowadzę ciekawych zajęć, albo nie potrafię dobrać trenera do danej grupy. A miasto? Marzy nam się oddział we Wrocławiu i to nie jeden przy tym potencjale dziecięcym. Ale tak jak mówię, chcemy zostać przy naszych formach finansowania – korzystać ze środków miejskich na promocję i na aktywizację dzieci. Nie chcemy robić robić czegoś stricte komercyjnego w stronę dzieciaków. Nie wyobrażam sobie, żebym powiedział rodzicom, że za zajęcia ma zapłacić 150 czy 180 złotych miesięcznie plus kolejne 50 złotych za sprzęt. Ja rozumiem, jestem kapitalistą, trzeba zarabiać, płacić rachunki, ale nie. Ta forma, w której pracujemy jest dobra i chciałbym ją kontynuować. Może kiedyś ktoś w Urzędzie Miejskim spotka nasz projekt w internecie, albo przeczyta wywiad i pomyśli: “Wow, to jest fajne! Dlaczego nie mamy tego u siebie w mieście?” Zobaczymy.

Na waszych treningach pojawiają się też goście specjalni.

Tak, chociaż nie powiem, że zdarza się to często. Nie chcemy wpisywać tego w umowy między nami a gminami i zapewniać, że tak będzie zawsze. Niemniej jednak, siatkarze to otwarci ludzie. Jeżeli jest w regionie Mariusz Wlazły, Kasia Skowrońska, Zibi Bartman, Misiek Kubiak, to bez problemu mogę do nich zadzwonić i powiedzieć: “Słuchajcie, wpadnijcie do mnie na godzinę, pokażecie się tym dzieciakom.” Nie muszą prowadzić zajęć. Mogą po prostu pokazać, że można odbijać górą czy dołem. Być normalnym człowiekiem, grać we Włoszech, w Turcji, w Japonii, zwiedzić cały świat przez siatkówkę – to ma być stymulacja dla tych dzieciaków. Komunikat, że my skończyliśmy, ale zobaczcie są aktywni ludzie, którzy dzięki siatkówce funkcjonują na fajnym poziomie.

Mówisz z wielką pasją o tym co robisz. Co w tej pracy przynosi Ci największą satysfakcję?

Często gdy wracam do domu i się nad tym zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że tak naprawdę to nie jest praca. Ja w życiu nie przepracowałem ani jednego dnia. Najpierw grałem w siatkówkę, teraz działam w telewizji, mam Akademię, pracuję z dziećmi. A ta Akademia to taka pierwsza rzecz, która mi wyszła po siatkówce. Z niczego stworzyliśmy coś. Dla mnie to ma taką wartość, że jakby dzisiaj ktoś przyszedł i powiedział, że płaci nam kilka milionów dolarów, żeby odkupić ten projekt, to bym mu powiedział: “Nigdy w życiu”! Bo został stworzony z niczego. Zaczęło się od jednej kartki A4, burzy mózgów i wypisywania różnych rzeczy. To jest naszej trójki i będziemy się o to bić i podpalać świat, żeby trwało jak najdłużej.

Czego wam życzyć na dalszej drodze rozwoju?

Zrozumienia w administracji państwowej, otwartości na nowe projekty w większych i mniejszych ośrodkach i zdrowia, żeby kontuzji było jak najmniej. Na razie po 1500 treningach mamy na swoim koncie jeden staw skokowy, jednego wybitego zęba i jedną złamaną rękę, więc jak na tak dużą skalę, myślę, że jesteśmy bezpieczni. Niech to bezpieczeństwo trwa i niech ludzie w gabinetach miejskich coraz częściej mówią nam: “Tak, chcemy żebyście u nas byli”.

Fot.: materiały Akademii Siatkówki

Rozmawiała: Katarzyna Kowol

 

KOMENTARZE
Podobają Ci się nasze artykuły? Nie przegap tych, które są najpopularniejsze!




Partnerzy

Wyłącz AdBlock

NEWSLETTER 

FreshMail.pl
 

FreshMail.pl
 
Podobają Ci się nasze artykuły? Nie przegap tych, które są najpopularniejsze!

FreshMail.pl