Siatkówka. Łukasz Kadziewicz: Siatkówka nie ma adresata [WYWIAD]

W ubiegły czwartek wrocławscy czytelnicy i miłośnicy siatkówki uczestniczyli w spotkaniu autorskim, którego gościem był Łukasz Kadziewicz. W rozmowie z prowadzącym Maciejem Piaseckim, autor książki “Kadziu, siatkówka & rock’n roll” opowiadał o kulisach jej powstawania i współpracy z drugim twórcą Łukaszem Olkowiczem. Nie zabrakło też historii, których próżno szukać na kartach publikacji. Jeszcze przed rozpoczęciem spotkania, zadaliśmy kilka pytań bohaterowi wieczoru, na które odpowiedzi znajdziecie poniżej.

Pomysł na napisanie książki od zawsze kiełkował w Twojej głowie czy pojawił się dopiero z biegiem lat, w trakcie trwania kariery siatkarskiej?

Ten pomysł pojawił się na samym końcu mojej przygody ze sportem. Spotkałem człowieka, którego znałem od wielu lat, Łukasza Olkowicza, i on mnie do tego namawiał. Wielu kibiców też chciało poznać drugie oblicze mojej osoby, nie tylko to z boiska. Fajna inicjatywa i szkoda, że rzadko który sportowiec decyduje się w naszym kraju na publikację swojej autobiografii. Jeżeli pojawia się coś nowego i mam szansę to zrobić, najczęściej podejmuję wyzwanie. Tym razem również stwierdziłem, że to może być ciekawe, nowe, inne i mam nadzieję, że takie właśnie jest. 

Od razu była wiadomo, że Łukasz Olkowicz będzie współtwórcą książki?

Tak, znamy się kupę lat, Łukasz ma za sobą Lewandowskiego i trenera Nawałkę, więc jest to człowiek, który zna się na tym co robi i ma dobry warsztat. Uwielbiam jego pióro i wiedziałem, że to jest facet, który mnie zrozumie – moje wyrwane z kontekstu opowieści, które czasami nie są rozumiane przez innych. Wiedziałem, że będzie to przekazane czytelnikom w przystępnej formie, więc jeżeli tylko Łukasz chciał się tego podjąć, powiedział, że warto byłoby spróbować napisać razem książkę, to byłem jak najbardziej za. 

Jak długo trwał cały proces powstawania książki?

Lata. Myślę, że cztery lata, bo zaczęliśmy jeszcze w trakcie trwania mojego pierwszego i zarazem ostatniego dwuletniego kontraktu z Lubinem. Później pracowaliśmy kolejne dwa lata, kiedy ja już zacząłem działać w telewizji, więc książka powstawała przez cztery lata i o pracy nad nią można byłoby spokojnie napisać drugą książkę.

Co sprawiło najwięcej frajdy, a co trudności?

Trudności były w mówieniu o bliskich, bo rodzinę zawsze trzymałem blisko siebie, i o niektórych rzeczach nie było łatwo opowiadać. A najwięcej frajdy? Wspominanie dawnych lat, spotykanie starych kolegów, odgrzewanie starych kotletów i odgrzebywanie trupów w szafie – chowanie niektórych trochę głębiej, a innych wyciąganie na zewnątrz. To była fajna wycieczka w lata mojej przygody ze sportem, mnóstwo dobrej zabawy i jeszcze więcej śmiechu.

Narracja książki jest prowadzona lekko, bezpośrednio, ale chwilami opowiada też o gorszych chwilach. O czym było najciężej pisać?

Całą książkę czy całą wypowiedź, którą człowiek chciałby zmieścić nawet w jednym zdaniu, podsumowując swoje życie czy siebie jako osobę, jest bardzo ciężkie i nie było łatwych momentów pisania tej książki. Nawet jeżeli się śmialiśmy, to były to chwile śmiechu przez łzy. To było dla mnie jednak coś niesamowitego i generalnie wielu sportowców, którzy mieli ciekawe życie, a większość z nas ma takie, nakłaniałbym do tego, żeby później starali się przelać je na karty książki. W moim przypadku składało się to na mnóstwo pozytywnych doświadczeń, nawet w mówieniu o rzeczach negatywnych. Nie należy o nich zapominać, bo właśnie te złe rzeczy w życiu i doświadczenia nabyte podczas takich wydarzeń, kształtują cię jako człowieka.

Nie obawiałeś się reakcji ze strony czytelników po opublikowaniu autobiografii?

Obawiam się o własne zdrowie i zdrowie moich najbliższych. To jest chyba taka obawa, która znajduje się w mojej głowie. A to, że całe życie byłem oceniany, jestem i chyba będę do końca swoich dni, jest już pewną normą w moim życiu. Przywykłem do tego, że bez względu na to, co zrobię i co powiem, to jestem odbierany jako osoba kontrowersyjna, więc daleki byłem od obaw.

W książce opisujesz swoich kolegów z drużyny i ze świata sportu – nie mieli o to do Ciebie pretensji?

Nie. Ostatnio spotkaliśmy się zawodowo z jednym z moich kolegów z boiska opisanym w tej publikacji, byliśmy na roboczej kawie, akurat była jego żona i mówi: “musiałam go praktycznie wyrzucić z domu, bo jak kupił Twoją książkę, to przez dwa dni siedział i śmiał się, patrząc w sufit i czytając po dwa razy niektóre fragmenty!” Także w większości zostało to odebrane bardzo pozytywnie i często słyszę pytanie: “dlaczego tyle pozytywnych słów powiedziałeś o swoich kolegach?” Wtedy odpowiadam, że dostałem od nich naprawdę dużo życzliwości. Cokolwiek osiągnąłem, osiągnąłem również dzięki nim, więc mogę się o nich wypowiadać w samych superlatywach.

Są takie historie, które nie znalazły się w publikacji?

99% fajnych historii nie mogło znaleźć się w tej książce, bo musiałaby być czytana w piątek i w sobotę po godzinie 23:00, więc je sobie odpuściliśmy (śmiech). Ja naprawdę lekko do tego podchodzę i miałem świadomość, że będę po raz kolejny oceniany. Niektórzy będą patrzeć na mnie przez pryzmat zabawy i nieprzespanych nocy; ktoś inny oceni mnie na podstawie ilości pracy, ciężkich kontuzji, grania w kilku miejscach w Europie i na świecie. Oto cały ja i możecie zrobić sobie z tą książką, co tylko chcecie. Te ulubione historie nie trafiły jednak do druku, ponieważ wydawca się nie zgodził, ale może kiedyś napiszemy drugą książkę, która będzie mocniejsza? Zobaczymy. Na razie to tylko takie dywagacje.

Jak wpadliście na pomysł zakończenia, które – trzeba zaznaczyć – robi wrażenie?

Zakończenie zostało napisane, gdy książka była już po korekcie, gotowa do druku. Siedzieliśmy nad Wisłą, łapaliśmy luz z Łukaszem. Trafiliśmy tam w takim okresie, że dużo się działo, jeżeli chodzi o nasze zawodowe aktywności i rozmawialiśmy o rzeczach przyziemnych. O studentach, o tym, że bycie dorosłym wcale nie jest fajne i zaczęliśmy sobie z automatu przypominać stare czasy. Wtedy jakaś szuflada otworzyła mi się w głowie i mówię: “słuchaj, odnośnie idiotyzmów, był kiedyś taki fajny numer na zgrupowaniu w Spale.” I tak powstała historia o pytonie. Łukasz był w szoku i w środku nocy wykonał telefon do wydawcy, żeby wstrzymali się z dalszą pracą, bo trzeba jeszcze dopisać jedną czy dwie strony, więc było wesoło.

Masz doświadczenie w kilku profesjach: sportowiec, komentator, ekspert Polsatu Sport, a teraz jeszcze autor książki. Która z nich jest najbardziej wymagająca?

Myślę, że praca w telewizji. Bycie ekspertem telewizyjnym, próba nagrywania swoich materiałów, zrobienie pierwszego stand up’a, później obserwowanie jak dany materiał jest montowany, przygotowywanie się do spotkań. To jest dla mnie wciąż nowe, uczę się tego, ale jest to fantastyczna rzecz. Mogę śmiało przyznać, że cieszę się tym, że skończyła się moja przygoda ze sportem i zaczęło się coś zupełnie innego. Akademia Siatkówki także rośnie. Każdy projekt, który starałem się realizować po zakończeniu kariery siatkarskiej cały czas się rozwija, więc mogę powiedzieć, że wszystko idzie we właściwym kierunku. 

Dla kogo została napisana ta książka? Dla Ciebie, dla kibiców, dla bliskich?

Dobre pytanie. Ta książka nie ma adresata, tak samo jak i siatkówka nie ma adresata. Albo pokochasz tę dyscyplinę, będziesz kibicował jej na dobre i na złe i będziesz akceptował siatkarzy na dobre i na złe, albo nie. Tak samo jest z tą książka. Jest dla osób, które po prostu interesują się sportem, siatkówką i gdzieś w ich intensywnym życiu moja osoba przeleciała jak kometa i wzbudziła chęć dowiedzenia się o mnie czegoś więcej.

Rozmowa i zdjęcia: Katarzyna Kowol

KOMENTARZE



ZAUFALI NAM

{"slides_column":"4","slides_scroll":"1","dots":"true","arrows":"true","autoplay":"true","autoplay_interval":"2000","loop":"true","rtl":"false","speed":"1000","center_mode":"false"}

Wyłącz AdBlock