Siatkówka. Zbigniew Barański: Ta grupa ma talent [WYWIAD]

Początek lata to czas podsumowań tego, co działo się na ligowym parkietach przez cały sezon. W rozgrywkach młodzieżowych, na brak turniejów – takich jak Mistrzostwa Polski czy Liga Dolnośląska – i emocji z nimi związanych, raczej narzekać nie można. O podsumowanie minionego sezonu w wykonaniu młodziczek Impelu Wrocław, poprosiliśmy trenera zespołu Zbigniewa Barańskiego. Nie zabrakło też pytań o początki oraz kulisy pracy z młodzieżą.   

Jakie były początki Pana kariery trenerskiej?

Po skończeniu studiów zacząłem pracę w szkole podstawowej w Zegrzu i już wtedy prowadziłem tam zespół dziewczynek. Zaczynałem trenować w szkole, a sam grałem w drużynie drugoligowej. Później zostałem trenerem tej drużyny, prowadziłem też chłopców, a następnie przeniosłem się do Wrocławia w ’75 roku i zostałem tu do dzisiaj. Najpierw jako zawodnik reprezentowałem barwy Gwardii Wrocław, później zacząłem pracować jako trener w sekcji męskiej. Prowadziłem pierwszą drużynę, a potem trener Rafał Błaszczyk namówił mnie do pracy w sekcji żeńskiej i tak już zostało.

Nie żałuje Pan tej zmiany?

Nie żałuję, ponieważ ta decyzja umożliwiła mi pogodzenie funkcji z trenera z moją pracą zawodową. Zostałem przy żeńskiej siatkówce, prowadziłem juniorki, później drugą ligę. My pracujemy w takim systemie, że bierzemy młodziczki i doprowadzamy je do juniorek, a później znów wracamy do początku, po to żeby każdy trener mógł prowadzić swoją drużynę jak najdłużej. W bieżącym sezonie ja prowadziłem młodziczki, a od przyszłego roku będę prowadził je już jako grupę kadetek, która będzie złożona z zawodniczek z rocznika 2001 i 2002.

Co jest Pana dotychczasowym największym sukcesem w karierze trenerskiej?

Jeszcze będąc zawodnikiem zdobyłem ze swoją drużyną mistrzostwo Polski. Gdy zaczynałem pracę trenera marzyłem, żeby w tym zawodzie również sięgnąć po taki taki sukces. Ten cel udało mi się zrealizować, i to we wszystkich kategoriach młodzieżowych. Najbardziej zadowolony byłem, gdy po raz pierwszy zdobyłem Mistrzostwo Polski Młodziczek w Tychach, bo to było pierwsze trofeum i splendor dla mnie, że udało się doprowadzić zespół na najwyższy szczyt. To w pracy trenera chyba jest najważniejsze, stawianie sobie celów i ich realizacja.

W obecnym sezonie Pana drużyna również znalazła się finale mistrzostw Polski.

Tak, tym roku znaleźliśmy się w ósemce najlepszych zespołów w kraju. Tę drużynę zacząłem prowadzić 2 lata temu. Cel, który im wyznaczyłem na ten sezon, to był właśnie finał Mistrzostw Polski Młodziczek. Przez te 2 lata przechodziliśmy przez różne etapy pracy. Zaczęliśmy od 5. miejsca w ubiegłym roku. W obecnym sezonie zajęliśmy 3. miejsce na Dolnym Śląsku, po dodatkowym turnieju kwalifikacyjnym. Turnieju trudnym. Każda z drużyn mogła tak naprawdę zarówno wygrać jak przegrać, bo na tym etapie o wyniku często decyduje szczęście. My z 3. miejsca zaczęliśmy się przebijać dalej i jako jedyna drużyna młodziczek awansowaliśmy do finału. Cel został osiągnięty.

Można było sięgnąć po więcej?

Myślę, że zawsze można zrobić coś więcej i zawsze mierzę w medal. Uczestnictwo w finale jest splendorem dla tych dziewcząt. One były bardzo zadowolone, bo wykonały ten plan, który im nakreśliliśmy. Natomiast jak się jest w finale, to chciałoby się zdobyć medal, bo to jest dla drużyny fajne ukoronowanie. Trzeba powiedzieć, że mieliśmy bardzo silną grupę. Zaczęliśmy mecz z MOS-em Warszawa, z którym tydzień wcześniej graliśmy w Warszawie na turnieju. Tak samo jak i z Ateną Warszawa i z Legionovią – te drużyny też później biły się o medale. Później połączyłem rocznik młodszy ze swoją grupą, żeby się uczyły i zobaczyły jak to wygląda. Przez tydzień trenowaliśmy wspólnie i zaczęliśmy łapać formę. Myślę, że zabrakło nam może dwóch tygodni, żeby ta forma bardziej eksplodowała. Aczkolwiek, nie uważam, żeby była zła, bo dwa pierwsze mecze na turnieju finałowym zagraliśmy bardzo dobrze, przegrywając po 1:2, i to minimalnie, 24:26, 23:25. Decydowała jedna akcja, którą my mogliśmy równie dobrze wygrać. Mało brakowało, a udałoby nam się wejść do najlepszej czwórki turnieju. Myślę też, że mieliśmy trochę pecha, z uwagi na to, że moja zawodniczka atakująca Kinga Curkowicz decyzją lekarza została odsunięta od treningów na 3 miesiące. Weronika Schulte-nolle złapała kontuzję mięśnia dwugłowego i z zaciśniętymi zębami grała, ale wiadomo jak się gra na urazie. Także dwie podstawowe zawodniczki wypadły z szóstki i ciężko było je zastąpić. Może gdyby one były zdrowe, układ sił byłby inny.

Czy zespoły młodzieżowe często nękają tego typu kontuzje?

To nie są może bardzo poważne kontuzje, ale one zawsze będą pojawiać się w sporcie młodzieżowym. Dziewczyny mają młode organizmy, które ciągle rosną, a jednocześnie intensywność zajęć jest duża, bo trenują codziennie, a w niektóre dni nawet dwa razy dziennie. Nie ukrywajmy, że to są dziewczynki, które dojeżdżają do szkoły, tam się uczą, a później idą na zajęcia sportowe. Jest problem, żeby ich odpowiednio przygotować do tych zajęć w kwestii prawidłowego odżywiania czy wypoczynku. Jeżeli te czynniki się nawarstwiają, to w którymś momencie zaczynają się problemy ze zdrowiem.

Czy przy takiej intensywności zajęć, dziewczyny zawsze mają motywację, żeby przychodzić na treningi?

Tu dotykamy strefy mentalnej zawodniczek, o której wiele teraz się mówi, dlatego, że często jako trenerzy zastanawiamy się, co powoduje, że jedna drużyna osiąga sukces, a druga nie. Do tej pory wiele osób uważało, że kluczowy jest trening czysto fizyczny, natomiast mniej uwagi zwracano na aspekty psychologiczne. Teraz to się zmienia. Jak ktoś przychodzi na mecz z nastawieniem, że i tak nie wygra, to chociaż będzie trenował i dwanaście razy w tygodniu, to niestety nic nie zdziała. Jak sami mówimy: nastawienie bojowe jest ważne. Wracając do mojego zespołu, ta grupa była bardzo zdeterminowana, żeby wejść do finału mistrzostw Polski. Dużą pomoc okazali też rodzice. Stworzyli fajną grupę osób dopingujących, jeździli z nami na zawody, podtrzymywali dziewczyny na duchu. To spowodowało, że one powoli się podnosiły do góry, chciały trenować. Widziały, że interesuje się nimi nie tylko szkoła, ale i rodzice, koledzy, koleżanki, i to ich napędzało. Dzięki temu przychodziły na zajęcia, poddały się reżimowi treningowemu, co zaowocowało bardzo dużym sukcesem w postaci wejścia do ósemki mistrzostw Polski.

Oprócz mistrzostw Polski braliście udział w Lidze Dolnośląskiej. Jak oceni Pan występ swojego zespołu w tych rozgrywkach?

Jeśli chodzi o Ligę Dolnośląską, to mogę powiedzieć, że mam mieszane uczucia. Zaczęliśmy te rozgrywki bardzo dobrze, do finałów praktycznie nie przegraliśmy nawet seta! Później sytuacja nieco wymknęła nam się z rąk z uwagi na kontuzje. Pozostałe zespoły, mam tu na myśli Kłodzko, AZS, podnosiły swój poziom. My natomiast w pewnym momencie zablokowaliśmy się z powodu tych problemów i znaleźliśmy się w dołku. Udało nam się jednak wejść do turnieju finałowego i powoli zaczęliśmy się podnosić. Trzecie miejsce to nie jest lokata, która daje satysfakcję, bo uważam, że minimum wicemistrzostwo powinno być w naszym zasięgu. Ale tak się ułożył ten turniej finałowy i trzeba z pokorą przyjąć taki wynik. Dlatego, z jednej strony cieszy sukces w zawodach centralnych, ale pozostał niedosyt na szczeblu wojewódzkim.

Jakie są najmocniejsze punkty tej drużyny?

Ta drużyna jest dosyć specyficzna, z uwagi na to, że mam w niej zawodniczkę, Kasię Hyży, która łączy i koszykówkę i siatkówkę. I chwała jej za to, że pogodziła to aż do finałów. Z kolei dla mnie jako dla trenera jest to trudne, ponieważ co zbudowałem jej formę siatkarską, to mi umykała na turnieje koszykarskie. Jak przyjechała z turnieju koszykarskiego, to znów trzeba było budować formę siatkarską i to nie było łatwe. Ale ona naprawdę ma talent, i to właśnie nim nadrabiała niedostatki techniczne, które poprzez trening trzeba było niwelować. Gdyby natomiast scharakteryzować dziewczyny jako zespół, to na pewno ta grupa ma talent. Wybitnych jednostek trudno się na chwilę obecną doszukiwać, aczkolwiek są tam zawodniczki już ukształtowane, posiadające pewien poziom, poniżej którego nie schodzą. I to jest dla trenera ważne, bo jakiś trzon zespołu trzeba mieć.

Nad czym najwięcej pracowaliście na treningach w tym sezonie?

Ja jestem zwolennikiem przede wszystkim techniki. Dziewczynki, które zaczęły grać w 1 klasie gimnazjum przeszły z mniejszego boiska na pełnowymiarowe. Do tej płaszczyzny boiska trzeba dostosować umiejętności techniczne. Oczywiście równolegle odbywa się praca z motoryką, ale generalnie pierwszy rok to jest praca nad techniką. Siatkówka jest grą trudną technicznie, ponieważ kontakt piłki z dłońmi jest bardzo krótki, więc trzeba umieć tę piłkę odbić, żeby poleciała w odpowiednim kierunku, odpowiednim torem i spadła we właściwe miejsce. Stąd pierwszy rok to jest nauka techniki, pokazanie im ustawienia i jakie są schematy grania. Natomiast drugi rok nauczania to już jest doskonalenie tych umiejętności, większa intensywność, rozwiązania techniczne i początki taktyki gry.

Czego wam życzyć w nadchodzącym sezonie?

Chciałbym, żeby nowy sezon, który zacznie się już w sierpniu i będzie naznaczony reformą szkolnictwa, nie pozwolił zgubić tego, co udało nam się do tej pory zbudować. Żeby nasza współpraca z Gimnazjum nr 5 i dyrektorem Andrzejem Słoką nadal tak dobrze się układała. Żebyśmy nie stracili tego potencjału, który mamy, bo powoli podnosimy się w Polsce. Jako drużyny młodzieżowe mieliśmy kiedyś lata świetności, później było trochę posuchy, a teraz znów zaczynamy wracać na wysoki pułap. W ubiegłym roku były trzy finały mistrzostw Polski, w tym roku dwa, i ja jako trener chciałbym, żeby ta grupa szkoleniowców pracujących z grupami młodzieżowymi doprowadziła przynajmniej dwa zespoły do finałów. Jeżeli utrzymamy taki poziom szkolenia, to myślę, że to będzie sukces dla nas wszystkich.

Zdjęcia i rozmowa: Katarzyna Kowol

 

KOMENTARZE



Partnerzy

{"slides_column":"4","slides_scroll":"1","dots":"true","arrows":"true","autoplay":"true","autoplay_interval":"2000","loop":"true","rtl":"false","speed":"1000","center_mode":"false"}

Wyłącz AdBlock