Sylwia Szymańska: Sportowe emocje mają na mnie ogromny wpływ [WYWIAD]

Jest pierwszą kobietą pełniącą rolę prezesa klubu Gwardii Wrocław. Chociaż praca wymaga od niej wielu poświęceń, kocha to co robi, a zawodników traktuje jak swoje dzieci. Tym razem swoją sportową historię, zarówno tę zawodową, jak i prywatną, opowiada na łamach naszego portalu Sylwia Szymańska. 

Funkcję prezesa pełni Pani od 2016 roku, ale z klubem jest Pani związana od dłuższego czasu. Jak i kiedy zaczęła się przygoda z Gwardią Wrocław?

Moja przygoda z klubem zaczęła się dość przypadkowo w 2012 roku. Chciałam poszerzyć swoją wiedzę z zakresu płac i wynagrodzeń pracowniczych. Jako księgowa zajmowałam się tymi zagadnieniami oraz prawem pracy, co było takim moim konikiem. Dlatego szukałam zatrudnienia w charakterze księgowej lub kadrowej, która właśnie tym się zajmuje. Akurat było ogłoszenie z Gwardii, więc przyszłam tutaj, przeszłam rozmowę kwalifikacyjną i śp. dyrektor Stefan Fiodorow przyjął mnie na stanowisko księgowej na okres zastępstwa. Tak się zaczęła moja przygoda z klubem. Niby na chwilę, ale ta chwila tak się przeciągnęła, że trwa do dzisiaj. Później dyrektor obdarzył mnie zaufaniem i zostałam główną księgową. To zaufanie i moja ciężka praca spowodowały, że zostałam następnie jako księgowa wciągnięta do zarządu, wówczas siedmioosobowego. Dalej byłam wiceprezesem, a teraz jestem prezesem klubu.

Znajomość klubu i jego realiów pomogło wejść w nową rolę czy wręcz było przeszkodą, bo wiedziała Pani ile czeka tu wyzwań i problemów do rozwiązania?

Praca księgowej bardzo mi pomogła, ponieważ znałam dotacje, wiedziałam z czego klub jest finansowany i jakie są realia. Wydaje mi się, że to jest pomocne. Oczywiście kwestie marketingowe, menadżerowanie i pozyskiwanie pieniędzy też są ważne, ale trzeba wiedzieć z czego się finansujemy i jak to wszystko wygląda od podszewki. Nie twierdzę, że każdy prezes powinien mieć jakiś zalążek wiedzy z księgowości, ale mi to bardzo pomaga. Wiem, że są dotacje, zadania i jak to wszystko rozliczać. Mam świadomość tego, na czym opiera się współpraca z młodzieżą, na co mogą być przeznaczane pieniądze, w jaki sposób możemy je pozyskiwać i w jak zachęcić sponsora, żeby wsparł ten klub albo pomógł w finansowaniu dzieci i młodzieży.

Pamięta Pani swoje początki w roli prezesa?

Na pewno nie było burzliwego okrzyku: “o, zostałam prezesem, teraz wszystko się zmieni i zaczniemy to inaczej budować!” Po prostu chcieliśmy wypracować naszą własną strategię działania z pracownikami, trenerami, a że był to czerwiec – wiadomo za chwilę w siatkówce początek sezonu, to czekało nas też budowanie zespołu. Duże wyzwania stanęły przed nami i chcieliśmy od początku zacząć tworzyć to, co będzie za chwilę służyło młodzieży. Okres wakacyjny spowodował, że to nie były ruchy silne, tylko mogliśmy sobie wszystko stopniowo układać i pozyskiwać sponsorów, bo od tego trzeba było zacząć.

Jakie były najważniejsze problemy do rozwiązania i czy już chociaż części z nich udało się zaradzić?

Główną kwestią są finanse, o które cały czas się staramy. Tutaj wielkie ukłony do rodziców, bo oni nigdy nas nie zostawiają z żadnym problemem i starają się nas wesprzeć. Chociażby przekazując darowizny w postaci tak istotnego 1% przy corocznych rozliczeniach. Prowadzimy rozmowy ze sponsorami, ale wiadomo, że siatkówka młodzieżowa nie jest aż taka medialna i rozpowszechniona jak to jest w seniorskiej ekstraklasie, gdzie sponsorzy mogą być pewni zysków ze swojej inwestycji w klub. Dlatego wspólnie z trenerami i pracownikami klubu wykonujemy trudną, często mozolną pracę, aby przebić się z naszą ofertą na rynku. Wiadomo, że nie wszystkie pomysły udaje się realizować od razu. Na to potrzeba czasu i teraz dopiero widać efekty naszych działań. Starania o pierwszą ligę, szkolenia, finał Mistrzostw Polski Juniorów – takimi małymi krokami powoli zmierzamy do przodu. Będziemy nadal robili wszystko, żeby Gwardię, która istnieje już od 71 lat, wynieść na piedestał – tam, gdzie jest jej miejsce.

Jak wygląda praca Pani prezes na co dzień?

Typowo księgowa, czyli wiadomo, podatki, VAT-y, ZUS-y. Dodatkowo spotkania z kontrahentami, trenerami oraz innymi pracownikami, bo jesteśmy zespołem, który współpracuje i razem podejmuje wszystkie decyzje. To nie jest tak, że na mnie spoczywa cała decyzyjność i odpowiedzialność. Chcę wiedzieć, co do powiedzenia mają członkowie naszego zespołu i liczę się z ich zdaniem. Spotykamy się z zarządami sekcji, omawiamy jak wyglądają finanse, jakie są nasze plany na przyszłość i podsumowujemy to, co udało się zrobić do tej pory.

Jak na Pani pracę wpływają sukcesy poszczególnych sekcji sportowych?

Zarówno sukcesy, jak i porażki są istotne. Z tych pierwszych się cieszymy, natomiast po tych drugich każdy wyciąga dla siebie jakąś naukę. Natomiast patrząc z perspektywy kibica, to sportowe emocje mają na mnie ogromny wpływ. Wiem, że nieraz powinnam się zachowywać spokojnie jako prezes, ale czasem ciężko jest wytrzymać. Ostatnio na jednym z turniejów wzięłam ze sobą trąbkę, bo może krzyczeć mi nie wypada, ale trąbić mi nikt nie zabroni (śmiech)! Świadomość, że nasi chłopcy pracują w szkole na lekcjach wf-u, chodzą na treningi, mają sukcesy i są w pełni zadowoleni bardzo cieszy. Wspieramy się nawzajem, oni zapraszając mnie na swoje mecze, a ja będąc na trybunach i przybijając im piątki. Oni są naszym motorem napędowym do dalszego działania. Taka jest nasza pasja i robimy wszystko, żeby nasza młodzież osiągała sukcesy, realizowała swoje marzenia i plany.

Czy miłość do sportu była wcześniej, czy dopiero w Gwardii zaraziła się Pani siatkówką i tymi emocjami?

Olimpijczykiem raczej nigdy nie byłam, ale na zawodach byłam wystawiana do biegów długodystansowych w podstawówce i w szkole średniej. Grałam też w siatkówkę, dlatego zasady był mi już wcześniej znane. Prywatnie jestem fanką sportów zespołowych, takich jak właśnie siatkówka, koszykówka, piłka ręczna czy nawet piłka nożna. Pamiętam jak byłam mała, to mój tato oglądał piłkę nożną. Zawsze wstawał z fotela i mało brakowało, a kopałby piłkę razem z drużyną. Bardzo się emocjonował i wydaje mi się, że to mam właśnie po nim. Po prostu czerpiemy radość ze sportu. Ciężko byłoby mi zupełnie nie okazywać emocji – ja tym żyję.

Kobiecie jest łatwiej czy trudniej pełnić funkcję prezesa klubu sportowego?

Jestem pierwszą kobietą w Gwardii na tym stanowisku, ale teraz mamy takie czasy, że kobiety coraz częściej biorą się za sport i wchodzą do zarządów czy zostają prezesami. Wydaje mi się, że łagodzą obyczaje w niektórych sytuacjach. Chociaż z drugiej strony, podobno “gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”(śmiech). A czy kobietom jest trudniej? Mam wrażenie, że w tych czasach, kiedy to rodzice bardziej wspierają ten sport, każdemu jest ciężko. Kiedyś był on inaczej finansowany, bo też realia były inne.

Jaka jest Pani prezes prywatnie, poza klubem?

Córka powtarza, że nawet w domu cały czas obecna jest Gwardia, a chłopców traktuję jak swoje dzieci. Chociaż moja rodzina też już złapała tego bakcyla. Może nie angażują się tak mocno jak ja, ale liczą się z tym, że poświęcam się zawodowo, przez co w domu jest mnie trochę mniej. A gdy już tam jestem? Nie lubię gotować, ale lubię za to pogrzebać w ziemi w ogródku. Posiedzieć na tarasie z książką, spacerować z psami – robić wszystko, żeby głowa na chwilę odpoczęła. Tych chwil jest naprawdę bardzo mało, jeżeli pracuje się w sporcie. Najpierw zaczynamy sezon, później trzeba go dokończyć i dopiero wtedy odłożyć na półkę puchary i odetchnąć. W wakacje za to często zdarzają się pracę remontowe, jak planowane na najbliższy czas cyklinowanie parkietu, więc ta praca tak naprawdę nigdy się nie kończy. To nie jest zwykły etat od poniedziałku do piątku, od 8:00 do 16:00, tylko to są też weekendy i późne godziny. Wiadomo, że nie jest łatwo, ale jeżeli robi się to dla kogoś, w szczytnym celu, to jestem przekonana, że warto.

Fot.: archiwum Gwardii Wrocław

Rozmawiała: Katarzyna Kowol

KOMENTARZE



Wyłącz AdBlock