Tenis ziemny. Marta Leśniak: Stres na korcie strasznie mnie nakręca! [WYWIAD]

Marta Leśniak – wrocławska tenisistka, która jako jedyna reprezentantka stolicy Dolnego Śląska może pochwalić się wygranymi w turniejach rangi ITF w ciągu ostatnich… kilkunastu lat. Po zwycięstwach w roku 2004 w Kędzierzynie-Koźlu oraz holenderskim Alkmaar działo się wiele w jej tenisowym życiu i na kolejną wygraną czekała do kwietnia 2017 roku, gdy okazała się najlepsza podczas turnieju ITF Women’s Circuit z pulą nagród 15.000$ w tureckiej Antalyi. To zwycięstwo pozwoliło jej także powrócić po długiej przerwie do rankingu WTA.

O wygranej w Turcji zadecydowała w głównym stopniu Twoja mocna psychika czy wyższe umiejętności?

Jeśli chodzi o umiejętności to dziewczyny grają bardzo podobnie. Jeśli popatrzy się na treningu z boku na dziewczynę, która przegrywa w pierwszej rundzie eliminacji na treningu to ona wygląda świetnie. Myślę więc, że to nie kwestia umiejętności, ale ogrania, sprytu kortowego, strony mentalnej. Wynik mojego meczu finałowego z Rosjanką Alioną Tarasową był 6:3, 6:2, ale każdy gem był na równowagi, przewagi a wtedy zwycięża ten, kto potrafi tę ostatnią piłkę w gemie wygrać i to mi się udawało. Grałam bez żadnej presji psychicznej. Cieszyłam się po prostu grą. Wiadomo, że dochodząc do etapu półfinału myśli się o tym, że tylko dwa mecze dzielą cię zwycięstwa w całym turnieju i to także siedzi w głowie, ale mnie to zawsze nakręcało. Decydująca jest tutaj też pewność siebie na korcie. Wychodząc na kort ja wierzę w swoje umiejętności. To nie jest tak, że ja wychodzę na kort i myślę: “Pewnie ona jest ode mnie lepsza”. Nigdy tak nie miałam. Podejrzewam, że wyszłabym na boisku z zawodniczką z pierwszej setki i też bym tak myślała. To bardzo dużo pomaga, ponieważ ja w swoje uderzenia wierzę. Gdyby przy moim siłowym stylu gry ręka mi zadrżała to każda piłka lądowała by na korcie obok.

Stres nie jest więc czymś co cię paraliżuje?

Nie, jest to coś co mnie strasznie nakręca. Nie powiem co prawda, że nie stresuję się przed meczem. Myślę oczywiście o tym co będzie, nie znam do końca przeciwniczek i trochę mi to siedzi w głowie, ale jak już wychodzę na kort to jest to dla mnie niesamowita frajda. Cieszę się, że mogę z kimś rywalizować i totalnie mnie to nakręca. Natomiast u młodych zawodników zauważyłam, że jest totalnie na odwrót. Jest mnóstwo mistrzów treningu, którzy wychodzą potem na kort i trochę ich to paraliżuje. Nie wiem czy jest to kwestia doświadczenia, ale pamiętam jak byłam młodą zawodniczką też byłam taka pewna siebie więc takim się trzeba urodzić lub pracować nad tym. Rywalizacja zawsze mi pomagała i psychicznie była bardzo mocna. W najważniejszych momentach miałam wrażenie, że wychodzę na kort po to, żeby w trzecim secie było po 5 gemach, równowaga i żebym wiedziała co zrobić.

A które uderzenie jest twoim ulubionym oraz najpewniejszym, które stosujesz w najtrudniejszych momentach?

To także zależy od dnia jak to u kobiet !(śmiech) Myślę jednak, że moim najmocniejszym uderzeniem, które używałabym w jakichś stresujących sytuacjach jest backhand po linii. Zdecydowanie. O drugiej w nocy także bym go zagrała! (śmiech)

Jeśli chodzi o korty to właśnie mączka jest tą nawierzchnią, która odpowiada Ci najbardziej, skoro na niej zdobyłaś wszystkie tytuły?

Ciężkie pytanie (śmiech). No właśnie chyba jednak nie, chociaż tak by się mogło wydawać. Mój styl gry paradoksalnie pod mączkę nie pasuje – mam styl dość agresywny, dość siłowy, dość niecierpliwy. Ludzie często wyrzucali mi tę niecierpliwość i uważali, że czasem warto przebić dwie piłki więcej, ale to też leży pewnie trochę w charakterze. Nie każdy potrafi być Rafą Nadalem, a nie każdy potrafi grać jak Serena Williams czy Maria Szarapowa. Zawsze wydawało mi się, że hard jest moją ulubioną nawierzchnią, szczególnie po czterech latach gry w Stanach, gdzie grałam tylko na hardzie. Gdy później wróciłam na mączkę to przez pierwsze dwa dni myślałam, że się przewrócę. Z drugiej strony wychowałam się na mączce, stawiałam tam pierwsze kroki, następnie troszkę grałam na hardzie, na kortach AZS przy Baudouina de Courtenay. Potem rzeczywiście największe sukcesy osiągnęłam na mączce i teraz na stare lata bardzo się przekonuję do tej nawierzchni, że dużo jednak wybacza, szczególnie jak się nie jest tak dobrze przygotowanym do hardu. Hard jest jednak bardzo szybki i jeśli ktoś gra szybciej od ciebie to jest naprawdę ciężko. Tutaj jeśli nauczysz się techniki poruszania się po mączce to nie jest źle i można także grać kombinacyjnie.

Jak oceniasz obecne młode tenisistki i między innymi ich umiejętność myślenia na korcie i gry kombinacyjnej?

Zauważyłam właśnie, że wiele młodych dziewczyn nie gra mądrze na korcie mimo iż mają genialne uderzenia. Krąży opinia, że poziom jest obecnie dużo wyższy, że jest większa konkurencja i że jest ciężej oraz bardziej siłowo. Myślę, że ci młodzi zawodnicy mają genialny warsztat, jeśli chodzi o technikę uderzenia, ale nie potrafią tego kompletnie wykorzystywać. Patrząc z boku na ich grę myślę sobie, że sama chciałabym tak grać backhand czy forehand, czy tak serwować a wychodzę na kort i nawet jeśli mam na niższym poziomie moje uderzenia to potrafię je mądrzej wykorzystać. Młodsze zawodniczki tego nie mają a te, które umiejętnie potrafią wykorzystywać geometrię kortu bardzo szybko idą do góry. Nie chodzi tutaj nawet o siłę, która na mączce nie ma aż tak wielkiego znaczenia, ponieważ tutaj trzeba trochę pomyśleć. Wydaje mi się, że właśnie w Turcji podczas ostatniego wygranego turnieju najbardziej zdziwiło mnie to, że mecze wydawały się łatwe patrząc po wynikach, jednak w ważnych momentach ja wiedziałam co zrobić, a przeciwniczki po drugiej stronie kortu zagrały często za mocno i przestrzeliły. Udawało mi się je mentalnie pokonać, co uważam za swoją najmocniejszą stronę, jeśli chodzi o mój tenis.

Masz tu na myśli także cierpliwość na korcie?

Cierpliwość to nie do końca (śmiech). Wydaje mi się, że ja tak kocham ten sport, kocham tę rywalizację, że nie mogę się doczekać aż rozpocznie się mecz.

Czy byłabyś w stanie wyróżnić jednego trenera lub trenerkę, która w największym stopniu ukształtowała Cię tenisowo?

Myślę, że każdy z trenerów dodawał coś od siebie. Pan Piotr Jamróz, z którym tak naprawdę zaczynałam swoją przygodę z tenisem na kortach Krzyckiego Klubu Tenisowego – gdyby nie on to tak naprawdę chyba bym nie grała w tenisa. Wtedy mówiono, że jestem jeszcze za młoda, że nie powinnam. Wtedy się mówiło: “O Jezus Maria, jaka młoda!”. Teraz natomiast grają już trzylatki. Wtedy nie było także miękkich piłek, nie było rakietek dla dzieci i grałam praktycznie taką samą wagą w wieku 6 lat jak gram teraz. Dokładnie 10 gram lżejszą. Zastanawiałam się ostatnio czy to źle czy dobrze, że w obecnej dziesiątce czy setce rankingu WTA średnia wieku jest grubo ponad 30 lat. Te młode zawodniczki jakoś nie potrafią się przebić do końca. Isia Radwańska, Maria Szarapowa czy Serena Williams mają już swoje lata i wygląda, że wtedy ludzie naprawdę potrafili uczyć grać w tenisa, więc nie wiem czy te miękkie piłki i rakietki to jest wielka pomoc.

Kto był Twoim kolejnym trenerem?

Następnie trenowałam z synem pana Piotra, czyli Wojtkiem Jamrozem, który grał świetnie w tenisa. Był reprezentantem Polski w Davis Cup i naprawdę dużo mi pomógł. Odbijałam miliony piłek na treningach i pozwolił mi dochodzić do tego dlaczego coś się na korcie udaje lub nie. Nie było instrukcji w stylu “zrób to, zrób tamto” tylko sama musiała wpaść na to co zrobić i przez to rozwijałam swoje myślenie. Nie wiem czy to tenisowe myślenie mi nie zostało do dzisiaj z tamtych czasów. Obecnie gram bez żadnych wskazówek, bez żadnych instrukcji, natomiast wszyscy przyjeżdżają z trenerami a ja sobie mimo to radzę i myślę, że to właśnie także efekt tych treningów. Kolejna była pani Marina Jagiełło, za czasów której osiągałam swoje największe sukcesy. Wtedy też ta trenerka pomogła mi jeśli chodzi o dyscyplinę oraz reżim pracy. Pani Marina uświadomiła mi, że tenis może być też sposobem na życie oraz pracą , a nie tylko do końca przyjemnością. Tak jak w każdej pracy trzeba włożyć w to bardzo dużo wysiłku, dyscypliny oraz reżimu i to także mi zostało do dzisiaj. Od każdego trenera wyciągnęłam to co najlepsze i każdego z nich ciepło wspominam. Za każdym razem gdy się widzimy to wspominamy dawne czasy, które były naprawdę fajne i szkoda może, że w pewnym momencie to się tak rozmyło. Niektórzy mówią, że to przez tę Hiszpanię…

Czy tak rzeczywiście było według Ciebie, patrząc na pobyt w barcelońskiej akademii tenisowej Sanchez-Casal z dalszej perspektywy czasowej? Czy może jednak decydujące były tutaj kontuzje?

Nie, myślę, że nie. Miałam robione dwie operacje w Stanach – było to kolano i nadgarstek. I obie te operacje były robione tego samego dnia! Teraz wszystko działa już bez zarzutu i fizycznie czuję się super. Myślę, że powodem niepowodzenia było nałożenie się na siebie kilku rzeczy. Kontuzje zaważyły w nie aż tak dużym stopniu, ponieważ wydaje mi się, że trzeba je akurat wpisać w każdy sport. One zawsze będą i trzeba sobie z tym radzić. Dużym problemem były natomiast finanse, bo jednak na tym wyższym poziomie zanim się nie zacznie grać w tych większych turniejach i zarabiać to trzeba wydawać setki tysięcy rocznie i nie każdy sobie z tego też zdaje sprawę. Myślę też, że w pewnym momencie zaczęłam trochę przegrywać, ponieważ wchodziłam na lepsze turnieje, na wyższy poziom i trochę może tego nie wytrzymałam psychicznie. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem, miałam 16 lat. W pewnym momencie to się zatrzymało, trochę zaczęłam przegrywać, może się też zniechęciłam i właśnie wtedy potrzebowałam kogoś w tej Hiszpanii, kto mi powie, że może jest kryzys, ale trzeba go przeczekać i będzie lepiej. Tak jest u każdego sportowca – nikt nie wygrywa non stop, szczególnie mając 16 lat. Ja się wtedy podłamałam, powiedziałam, że to może nie jest ta droga i wtedy już się posypało wszystko.

Po powrocie z Hiszpanii do Polski nie próbowałaś jeszcze później wrócić do grania?

Próbowałam to wszystko jeszcze wskrzesić, ale przez pobyt w Hiszpanii miałam zaległości w szkole, które musiałam nadrabiać. Nie miałam po prostu czasu na treningi. Później musiałam się zdecydować co wybrać – szkołę czy tenis. Wybrałam szkołę, poszłam także później na rok, na AWF we Wrocławiu po czym dostałam propozycję ze Stanów, z której skorzystałam.

Z jakimi tenisistkami mogłaś się wtedy mierzyć na korcie?

Dziewczyny, z którymi ja grywałam były oraz nadal są w pierwszej setce rankingu WTA Tour. Na przykład Mallory Burdette, która przed pięcioma laty podczas US Open 2012 przegrała dopiero w trzeciej rundzie w meczu z Maria Szarapową. W tych samych rozgrywkach co ja grała także Nicole Gibbs czy Irina Falconi, natomiast w rozgrywkach męskich chociażby Steve Johnson. Czasami ludzie w Polsce myślą, że ogólnie sport uniwersytecki jest – tak jak to niestety jest u nas – na dość niskim poziomie jeśli chodzi o tenis. Natomiast w Stanach można często rozgrywać mecze na wysokim poziomie i tak naprawdę grałam tam wtedy więcej niż obecnie.

Intensywność gry była więc naprawdę bardzo duża?

Tak, ponieważ otrzymuje się stypendium za to, że gra się w tenisa, chodzi na treningi i jeździ na mecze. Treningi rozpoczynały się o godzinie 5:45 rano na stadionie, później był trening tenisowy, później szło się do szkoły, następnie z powrotem trening tenisowy, a na sam koniec jeszcze nauka i przygotowanie do zajęć. Cały dzień był więc bardzo intensywny. Wtedy była dużo młodsza i może dlatego to wytrzymywałam, ale jak sobie pomyślę teraz to byłoby ciężko (śmiech). Dodatkowo było sporo wyjazdów, podczas których można zwiedzić całe Stany i grać z różnymi zawodniczkami. Wiele razy występowałam chociażby w Stanford w Kalifornii. Ogólnie traktuję wyjazd do Stanów za jedno z lepszych doświadczeń w moim życiu, chociaż niektórzy tutaj w Polsce myślą, że to jest koniec tenisa i koniec wszystkiego. Jeśli ktoś chce coś z tego konkretnego wyciągnąć to może to zrobić. Dobrym przykładem jest tutaj chociażby John Isner, który dopiero po studiach za namową trenera postanowił spróbować sił w zawodowym tenisie i mieścił się nawet w czołowej dwudziestce ATP.

Jak wygląda szkolenie tenisowe na uczelni w Stanach-ważniejsza jest indywidualność czy trening zespołowy?

Myślę, że system szkoleniowy w Stanach działa lepiej niż chociażby w Polsce. Tam dużo jest treningów i wyjazdów grupowych a to świetnie napędza rywalizację wewnątrz zawodników, ponieważ każdy chce być jak najlepszy. W Polsce za dużo jest podejścia indywidualnego, każdy jest odosobniony, jest jakaś chora rywalizacja nie tylko na zawodniczym poziomie, ale także rodziców, trenerów. To wszystko potem trochę niekorzystnie wpływa na zawodników, którzy nie wychodzą na kort po to, żeby wygrać, żeby cieszyć się tą grą, tylko mają w głowie różne inne rzeczy. Natomiast w Stanach czy chociażby w Czechach to wszystko działa na innej zasadzie. Teraz także będąc w Turcji na turnieju widziałam jak wiele teamów tenisowych przyjeżdżało właśnie jako teamy. W Polsce jakoś tego nie widać. Raczej wszyscy jeżdżą osobno na turnieje, a to także dużo więcej kosztuje, niż w przypadku chociażby grupy czteroosobowej z trenerem, dla której można rezerwować hotele czy załatwiać inne sprawy na zupełnie innych warunkach finansowych. U nas niestety w większości grają bogaci ludzie i niekoniecznie zawsze ci najbardziej utalentowani co powoduje, że w Polsce poziom tenisa jest dość słaby. Jeśli popatrzy się na takie kraje jak Stany czy Czechy to dzieci uprawiających tę dyscyplinę sportu jest mnóstwo. W Stanach już od liceum te dzieci jeżdżą w grupach, drużyna składa się z sześciu osób plus rezerwowi. To jest naprawdę duża grupa, która zachęca jednocześnie innych do gry, ich koledzy także rozpoczynają swoją przygodę z tenisem i uważam, że to jest naprawdę świetna sprawa. Dzięki temu młodzi ludzie uczą się także relacji międzyludzkich a w Polsce jest to wszystko bardzo indywidualne. Wiadomo oczywiście, że na wyższym poziomie musi być ta indywidualizacja, ale w czasach gry w juniorach czy kadetach takie grupowe podejście bardzo pomaga.

Nie żałujesz więc tego wyjazdu?

Nie, absolutnie. Wyjazd do Stanów był genialną opcją i gdybym cofnęła czas i była w takiej samej sytuacji, zrobiłabym to jeszcze raz. Polecam to każdej młodej osobie w tym wieku, która ma wątpliwości czy ma lecieć czy nie. Zawsze po roku można wrócić do Polski. Będąc także w Stanach miałam dużo więcej możliwości. Po wygraniu oficjalnych zimowych mistrzostw akademickich pojawiła się szansa i myśl, że może warto to pociągnąć dalej, ale byłam już bardzo nastawiona na powrót do domu. Być może tam także, podobnie jak w Hiszpanii, zabrakło kogoś kto popchnąłby mnie w tę stronę.

Być może w Stanach rzeczywiście byłoby łatwiej niż w Hiszpanii.

Tak, ponieważ w Stanach dużo łatwiej jest pozyskać sponsorów. Tam jest dużo ludzi, którzy pasjonują się sportem i potrafią totalnie bezinteresownie pomagać. Bardziej chyba żałowałabym tej szansy, która pojawiła się w Stanach , niż tego gdy miałam te 17 czy 18. To jest tak naprawdę głupi wiek i potrzeba dużo ludzi naokoło, żeby wesprzeć taką młodą osobę, kiedy naprawdę czasami nie idzie. W Stanach miałam 23-24 lata i może wtedy trzeba było jeszcze spróbować. Czasu jednak nie cofnę i cieszę się, że jestem tu gdzie jestem i niczego nie żałuję.

Czym się zajmowałaś po powrocie ze Stanów do Polski?

Trochę chciałam odpocząć od tenisa, trochę się tym może przejadłam w pewnym momencie. Znalazłem pracę w dużej korporacji we Wrocławiu, gdzie potrzebowali osoby z dobrym językiem angielskim i tam pracowałam przez cztery lata. Naprawdę było to ciekawe zajęcie, jak na pracę biurową, jednak zrozumiałam, że sport jest we mnie tak zakorzeniony, że nie jestem w stanie się od tego uwolnić. Cały czas ciągnęło mnie z powrotem na kort i w końcu postanowiłam znów spróbować swoich sił w tenisie jako trenerka i czasami jako zawodniczka.

Brakowało Ci przede wszystkim adrenaliny oraz rywalizacji sportowej?

Strasznie, tej rywalizacji brakuje jak niczego innego. Dal mnie to jest jak uzależnienie. Bardzo lubię przekazywać swoją wiedzę młodym ludziom oraz ich trenować, ale czasem brakuje mi tego, aby wyjść na kort i coś sobie udowodnić, dostarczyć sobie tej właśnie adrenaliny. Stąd też pomysł, aby znów grać i występować w turniejach. Nie miałam, aż tak długiej przerwy w występach, ponieważ mimo czterech lat pracy w banku, wcześniej cztery latach występowałam w Stanach. Tam bardzo dużo się grało i to w rozgrywkach na naprawdę wysokim poziomie.

A jakie masz obecnie plany, będąc w tym momencie znów zawodniczką klasyfikowaną w rankingu WTA?

Szczerze mówiąc to jest dla mnie nadal szok, ponieważ nie spodziewałam się, że po trzech turniejach takiej rangi uda mi się przebić do rankingu. Moje obecne miejsce daje często wstęp do turnieju głównego, jednak z drugiej strony jego wygranie pozwala zarobić na to, aby pokryć koszty. Na turnieje 15.000 jeździ się po punkty, a nie po pieniądze. Jadąc na turniej zagraniczny do Niemiec, Włoch czy Francji mamy tak naprawdę zwrot kosztów, a trzeba jeszcze taki turniej wygrać. Odpadając w drugiej rundzie czy ćwierćfinale trzeba tak naprawdę dołożyć do takiego wyjazdu. Na pewno jednak chciałabym spróbować, ponieważ dla mnie to zaskoczenie, że jestem w tym rankingu i nie chcę za kilka lat znów powiedzieć, że miałam takie miejsce, mogłam coś z tym zrobić i nic nie zrobiłam. Do końca roku dam sobie szansę i zobaczę jakie miejsce w rankingu będę miała i wtedy podejmę dalsze decyzje. Muszą to jednak być bardzo dobrze przemyślane decyzje, ponieważ to są naprawdę ogromne koszty finansowe. Moim głównym celem jest już jednak przechodzenie na trenowanie innych.

Trenowanie jest czymś co sprawia Ci przyjemność?

Bardzo lubię trenować inne osoby. Uczenie nie jest jednak proste, ponieważ dla zawodników takich jak ja pewne rzeczy wydają się oczywiste, a potem wychodzę na mecz i widzę jak mój zawodnik wpada na pomysł, na który ja bym nigdy nie wpadła. Musisz jednak postawić się w jego sytuacji i zrozumieć dlaczego jest tak a nie inaczej i przede wszystkim podejść do każdego zawodnika indywidualnie. Ja lubię przekazywać wiedzę i mam nadzieję, że jak moi zawodnicy patrzą jak ja gram to też coś z tego potrafią wyciągnąć i czegoś się nauczyć. Wydaje mi się, że to także pomaga, że coś tam w tego tenisa jeszcze potrafię grać (śmiech).

Ilu masz w tym momencie swoich podopiecznych?

Moją podopieczną jest między innymi Amelia Kopel, której jestem trenerką ogólnorozwojową. W akademii jesteśmy nastawieni przede wszystkim na graczy, którzy chcą trenować wyczynowo, jednak nie skupiamy się tylko na zawodnikach już grających. Bardzo miłe jest to, gdy widzi się, że wprowadziło się jakiegoś młodego człowieka w tenis. Moim małym marzeniem jest posiadanie zawodnika, którego bym poprowadziła od zera i tę moją całą wiedzę oraz doświadczenie przekazać takiemu zawodnikowi. To byłoby bardzo miłe.

Oby to Ci się w takim razie udało i życzę powodzenia zarówno na korcie, jak i obok niego w roli trenerki.

Dziękuję bardzo!

 

Rozmawiał: Piotr Jędrasiak

Źródło zdjęć: archiwum prywatne / Marta Leśniak

KOMENTARZE



Wyłącz AdBlock